czwartek, 23 maja 2013

Chapter XXXVI - The reason you're still here.



Są ta­cy, którzy uciekają od cier­pienia miłości. Kocha­li, za­wied­li się i nie chcą już ni­kogo kochać, ni­komu służyć, ni­komu po­magać. Ta­ka sa­mot­ność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od sa­mego życia. Za­myka się w sobie.  Jan Twardowski.

Plastikowe krzesło w poczekalni było okropnie niewygodne. Wierciłam się na nim niespokojnie. Czułam na twarzy stróżki zaschniętych łez zmieszanych z tuszem. Ból przeszywał moją klatkę piersiową. Pomasowałam dłonią w okolicy serca i brałam większe oddechy. Otępienie. Moje uczucia były blade. Nawet moje myśli nimi nie były. Wdech i wydech. Co będzie potem? Tego nie wiedziałam. Nie mogłam wrócić sama. Auto było skasowane. Wypadek. Zacisnęłam powieki. Niech ten koszmar się już skończy. Błagałam o to. I w sumie się skończył. Ale nadal tu byłam. Zapach pączków, kawy i papierosów. Ohyda. Rozglądnęłam się i otarłam wyciekające z oczu łzy. Przełknęłam ślinę i złapałam się za głowę. Durny przypadek i jeszcze ten wypadek. Gdybym miała coś więcej niż ten świstek papieru. Ale nie ja oczywiście musiałam zapomnieć portfela. Ugh. A na tym papierku był tylko jeden numer. I pewnie pod niego zadzwonili. Miałam ochotę przyłożyć głową o ścianę Na szczęście nikt nie miał pojęcia, że to ja siedzę za kierownicą tego auta. Moja głupota nie znała granic. 

Rozległ się cichy pomruk, ale był wyczuwalny. Jakby przeszedł po wszystkich prąd i doszedł do mnie. Wytarłam oczy rękawem swetra i podniosłam głowę. Stał oparty o kontuar i zawzięcie gestykulował. Najpierw spokojnie, ale potem jakby się zdenerwował i zaczął się kłócić. Sierżant skapitulował i przepraszają go podszedł do mnie. Wyciągnął w moją stronę dłoń, ale ją zignorowałam. Sama się podniosłam z krzesełka, które zaskrzypiało. Jednak on machnął dłonią nie zabierając jej, jakby chciał bym podała mu zakute dłonie. Tak więc to zrobiłam, a on pociągnął mnie za sobą w jego stronę. Jego twarz nie wyrażała dosłownie niczego. Patrzył na mnie pozbawiony emocji, ale zaciśnięte usta wskazywały na zdenerwowanie. Spojrzałam w bok i westchnęłam.
-Rozkujcie ją.- polecił policjantom.
-Ale proszę pana..-zaczął sierżant nieco speszony i spojrzał nieco w dół.-  Ona nie jest zakuta ze względu na wypadek.- spojrzał mu w oczy i uciekł zaraz wzrokiem w bok.- Próbowała się zabić.- wyjąkał, a ja usłyszałam jak wciąga głośno powietrze. Spojrzałam na niego, a w jego oczach ujrzałam ból. 
Ze swojego gabinetu wysiadł komendant. Jego dużych rozmiarów brzuch był opięty długim paskiem. Koszula poplamiona kawą, a krawat już rozwiązany. Obleśny typ, westchnąłem i spojrzałam na niego. Klejącymi się łapami złapał moje dłonie i trzymając je podsunął pod nos sierżantowi.
-Panienka jest nie winna. Rozkuj ją rzesz.- mruknął sepleniąc i uśmiechnął się drogim uśmiechem.
-Mogę ją zabrać?- zapytał się nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
-Tak, oczywiście. Proszę pilnować. Ładna osóbka.- uśmiechnął się ponownie i wycofał do siebie. Justin skinął głową i pchnął w kierunku drzwi. Pocierałam obolałe nadgarstki. Od zaciśniętych kajdanek odcisnęły się na nich czerwone pręgi. Piekły nieco, ale ból był do zniesienia. Zatrzymałam się na schodach prowadzących na posterunek i spojrzałam na ciemne niebo. Uliczne latarnie rozświetlały przyjemnie mrok. W oddali widać było też jak rozjaśniają go reflektory. 
-Zamówisz dla mnie taksówkę?- poprosiłam czując jego obecność za sobą
-Chodź.- rzucił i wyprzedził mnie zbiegając po schodach. Jęknęłam i ruszyłam za nim. Nie chciałam jego litości. W ogóle go tu nie potrzebowałam, ale nie moja wina, że jego numer był na tej kartce, prawda?
-Nie musisz tego robić.- powiedziałam wlokąc się za nim. Nic nie odpowiedział i otworzył mi drzwi na miejsce pasażera. Z westchnieniem umieściłam się na fotelu, a chwilę później siedział już koło mnie. Od powrotu i dnia kiedy go wyrzuciłam z domu nie byliśmy tak blisko siebie.
-Przestań, Melissa.- westchnął zirytowany i wycofał samochód.- Powiesz mi o co chodzi?
-A nie powiedzieli ci?- zaśmiałam się gorzko, a on posłał mi wymowne spojrzenie.- Jeremy się pojawił w studiu. Przyjęli go z powrotem. Co z tego, że nie chcieli mnie słuchać. A Matt, też nie miał nic do powiedzenia. Przecież to Greg wszystko ustala.- uderzyłam pięścią w kolano.
-To nie tłumaczy tego, że wylądowałaś na posterunku policji.- nie patrzył na mnie, skupił się na drodze.
-Zdenerwowałam się i wybiegłam ze studia. Wskoczyłam do auta i ruszyłam w drogę powrotną. Chociaż sama nie wiem gdzie jechałam. Przed siebie.- łza potoczyła się po moim brudnym policzku.
-Melissa, powiedz mi.- spojrzał na mnie i położył dłoń na moim kolanie.
-Jechałam przepisowo. To nie była moja wina. Ten chłopak wskoczył mi przed maskę. Było zielone.- wyjąkałam płaczliwym tonie. 
 -Spokojnie. Będzie dobrze.- pogłaskał mnie po głowie i skręcił.
Resztę drogi przebiliśmy w milczeniu. Ale doszliśmy do cichego porozumienia. Tak mi się przynajmniej wydawało. Chciałam by był blisko mnie. Był moim powietrzem i bez niego nie potrafiłam oddychać. Kiedy byliśmy już pod moim domem otworzył mi drzwi od auta. Wcześniej gasząc silnik. Nic nie powiedziałam. Miałam nadzieję, że pójdzie ze mną. Złapał mnie za dłoń i objął ramieniem w pasie, kopniakiem zamykając drzwi. Pilotem zabezpieczył auto i zaprowadził mnie do domu. Otworzył drzwi do mojego domu i przeprowadził mnie przez próg. Wziął mnie w ramiona i zabrał mnie na górę. Może dlatego, że ledwo stałam na nogach i jak tylko znaleźliśmy się w domu oparłam się o barierkę przy schodach. Wszedł do mojego pokoju i położył mnie na łóżku. Ledwo odbierałam bodźce zewnętrzne, ale pamiętam tylko jego dłonie na moim ciele kiedy pozbywał się moich ubrań i cichy szept.
-Już dobrze maleńka, śpij.- a potem odpłynęłam.
Kiedy nadchodzi miłość nie masz pojęcia, że to ona. Czasem jest nagła i gwałtowna. Innym razem po prostu się rozwija jak piękny kwiat. Ale każdy kwiat trzeba podlewać i pielęgnować inaczej umrze. Wtedy zwykle kupujemy nowego kwiatka. Tylko niektórzy są zdolni nadal się nim opiekować. A wtedy ten kwiat potrafi zakwitnąć obficiej. 
Rano obudziłam się obolała i zmęczona. Na moim brzuchu spoczywało masywne ramię. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Justina. Smacznie spał, a każdy jego włos był ułożony w inną stronę. Brakowało mi tego beztroskiego obrazku. Miałam nadzieje, że nie będę musiała tak szybko się z nim rozstawać. Nie chciałam już nigdy więcej tego robić.
 
 

2 komentarze: