sobota, 18 maja 2013

Chapter XXXI - This is the end.

Drogi pamiętniku (28.01)
Zabrał mnie do tego miasta. Ale on nie ma pojęcia, że go nienawidzę. Nie wie o mnie nic, a nawet jeśli nie wie całej prawdy. To głupie oni mogą byś wszędzie, a ja boję się wytknąć nos z pokoju hotelowego. Znam ich twarze, ale o więcej nie prosiłam. Nie potrzebuje ich imion i nazwisk. Czy to by coś zmieniło? Przecież zostawili mnie na pastwę losu. Pozwolili by inni zaopiekowali się ich dzieckiem. Pragnę wyrzucić to wszystko z głowy w tej chwili, ale czy potrafię? Czy potrafię nie zastanawiać się skąd pochodzę? Jakie nazwisko by mi dano? Co by było dalej? Jakby wyglądało moje życie? A kiedy jest tak wiele pytań uciekam. Zamykam się i narkotyki przynoszą mi ukojenie. Ile dziś wezmę by sobie ulżyć?

Zażenowana zamknęłam pamiętnik. Od tamtego dnia minęły dwa tygodnie. Justin kiedy na mnie patrzył był rozczarowany, przygnębiony. Iskierki z jego oczu zniknęły tak nagle. Nie pamiętam czemu, chociaż wiem dlaczego. Nie pamiętam co się wtedy wydarzyło. Tamten czas wypełniała pustka. Jak mogłam być tak głupia? Odwyk, to mnie teraz czekało. Justin powiedział, że wszystko gotowe i, że za tydzień pożegna się ze mną na równe pół roku. Patrzę wtedy na niego wystraszonym wzrokiem, a on z politowaniem kręci głową. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Przecież to ja do tego dopuściłam. Ja pozwoliłam by narkotyki przejęły władzę nad moim organizmem. Uzależniłam się tak szybko. Zastanawiałam się też czy nasza miłość to przetrwa. To pytanie naprawdę było dla mnie trudne. Kochałam go. Kochałam jego uśmiech, sposób w jaki poprawiał włosy. Jak chował dłoń do tylnej kieszeni kiedy czuł się zawstydzony. Miałam tęsknić za jego spojrzeniem. Delikatnymi pocałunkami. Śmiechem, który przerywał niezmąconą ciszę.

Drogi pamiętniku (02.02)
Jaka znacząca data nie prawdaż? Wróciliśmy do Los Angeles. Nie odzywa się do mnie słowem, a ja go nie winię. Czy mam jakiekolwiek prawo go osądzać? Odpowiedź brzmi: nie. Wiem, że teraz już nic nie będzie jak dawniej, ale co to zmienia? Jestem na głodzie, potwornym głodzie. Obszukano mnie i zabrano wszystko. Wiem, że to dla mojego dobra, ale dłonie już mi się trzęsą. Patrzę pustym wzrokiem przed siebie i nie myślę. Te momenty napawają mnie lękiem. Co jeśli już nigdy się z tego nie wyleczę? Czy nadal będzie ktoś przy mnie? Czuję, że to koniec. Czuję, że nie ma już nic.

Odrzuciłam od siebie zeszyt i przytuliłam do poduszki. Przecież wiem już wszystko. Przecież wiem co będzie dalej przez najbliższe pół roku. Walizki stoją w kącie pokoju i czekają na wyjazd. Nie ma tego wiele. Nie potrzebuje tego wszystkiego co otaczało mnie tutaj. Po za tym rzeczy zostaną dokładnie sprawdzone, a niektóre i zarekwirowane, więc po co się tym przejmować? Bolała mnie głowa. Kolejna migrena, ale wraz z mdłościami zmusiła do wzięcia tabletek. Byłam sama. Kto by chciał przebywać w towarzystwie narkomanki? Oczywiście, że nikt, prychnęłam pod nosem przedrzeźniając własną głupotę. Nienawidzę siebie za wszystko co zrobiłam. Za wszystko co mnie otacza, za wszystko co było moją winą.

Drogi pamiętniku (06.02)
Zniszczyłam wszystko co znałam, a teraz stoję w tym popiele i się zastanawiam. Czy uda mi się naprawić to wszystko co z dziesiątkowałam przez ten czas? Chciałam dobrze, wyszło źle. Kim jestem? Nie wiem kim się stałam. On odejdzie i to będzie koniec... 

Tego uczucia się nie wyzbędę nigdy. Straciłam najważniejszą osobę w moim życiu i nie tak jak sądziłam. Odejdzie bo to ja zawiniłam, bo ja sięgnęłam po narkotyki. Myślałam, że nie dam radę wrócić na scenę. Jak widać miałam rację. Przytuliłam do siebie misia i z ociąganiem wstałam z łóżka. Wszystkie rzeczy stały na swoim miejscu, a ja przyglądałam się im by je zapamiętać. Wpatrywałam się w zdjęcie. Jedno wyjątkowe, które stało na biurku. Jego wygląd, jego uśmiech i ramiona. Obejmował ładną brunetkę o zielonych oczach. Uśmiechali się oboje do obiektywu. Co w tym takiego wyjątkowego? Bo to nie byłam już ja, to nigdy nie byłam ja. Ona już po prostu nie żyje...
Ktoś zapukał do drzwi i wszedł do środka. Miękkie kroki, ktoś w ciszy przemierzał mój pokój. Podłoga uginała się nieco pod jego ciężarem. Odwróciłam się, a na mnie spoglądała para smutnych czekoladowych oczu. Na jego twarz widniał grymas, a wzrok skupił się na zdjęciu. Sięgnął za mnie i wziął je do ręki. Badawczym wzrokiem przyglądał się mu, a potem przeniósł go na mnie.
-Odzyskajmy ją.- szepnął i schował je do plecaka przy torbach.
Nie odezwałam się co widocznie go zabolało. Nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Czyżby wszystko można jeszcze uratować? Pragnęłam tego jak niczego innego. Jednak przede mną długa droga.
-Musimy już iść.- westchnął i stanął na przeciw mnie.- Kocham cię Melissa, ale nie mogę pomóc więcej niż zmusić cię do tego wyjazdu.- szepnął i przytulił mnie do siebie. Odwzajemniłam uścisk, wdychając jego cytrusowy zapach. Chciałam go zapamiętać. Bałam się tego co mnie czeka. Po pewnym czasie odsunął się ode mnie i z lekki uśmiechem podniósł bagaże. Ja jedynie chwyciłam misia i plecak, i zaraz za nim zeszłam na dół do auta. Nie wyjaśniałam niczego nikomu, a Justin obiecał to załatwić za mnie. Schowaliśmy wszystko do bagażnika oprócz pluszaka, którego nadal w dłoniach. Usiadłam na miejscy pasażera i zapięłam pasy. Czekała nas dwunastogodzinna jazda do Nowego Yorku. Chcieliśmy spędzić ostatnie chwile razem. Nawet jeśli miało się to odbyć w ciasnym samochodzie.

***
Tak wiem, że krótko, ale nie wiedziałam co opisać. Nie było czego. Wiadomo było do czego to prowadzi. I to tak jakby koniec części pierwszej. Ale to nie koniec oficjalny :) Nie ma co się martwić. Nie długo na pewno ukaże się coś nowego, a w tej chwili naprawdę chciałabym wiedzieć jak wpłynęło na was to co do tej pory napisałam. Chociaż czuję, że nikt się tym nie interesuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz