czwartek, 16 maja 2013

Chapter XXIX - With his family.

Wysiedliśmy z samolotu, a ja szczelniej opatuliłam się bluzą ukochanego. On objął mnie ramieniem i z jego pomocom ponownie znaleźliśmy się na ziemi. Nie czułam większego strachu przed lataniem, ale nie był to też mój ulubiony środek transportu. Więc byłam ucieszona z myślą, że dotykam już tego co przechylać się nie może. W terminalu odebraliśmy swoje bagaże, które Kenny umieścił na specjalnym wózku do tego przeznaczonym. Ruszyliśmy w stronę wynajętego auta. Justin otworzył przede mną drzwi, a potem sam wślizgnął się na tylnie siedzenie i zamknął je z powrotem. Przyssana do szyby podziwiałam rodzinne miasteczko mojego ukochanego. Gdzieniegdzie zalegały zaspy śniegu, a na niektórych podwórkach stały rozmaite bałwany. Uśmiechnęłam się na ich widok co nie uszło uwadze mojemu chłopakowi. Wraz ze mnę wpatrywał się w widoki za oknem. Obserwowaliśmy jak białe obłoczki pary unoszą się z ust przechodniów. Mimo wszystko Canada nie była najcieplejszym miejscem na ziemi, a szczególnie dzień przed Wigilią Świąt Bożego Narodzenia. Wraz z prośbą Justina zgodziłam się odwiedzić jego mamę oraz dziadków w ten świąteczny okres. Moja mama przyjęła to z ciężkim sercem jednak życzyła mi wesołych świąt. Śnieg nie był dla mnie nowością, ale w Nowym Yorku nie było miejsca na bałwany, ani śnieżki. To miasto było pełne biurowców i wysokich budynków mieszkalnych. Może na obrzeżach wyglądało to inaczej, ale ja rzadko bywałam na przedmieściach. Tak więc z zachwytem przyglądałam się tutejszemu klimatowi. Ale nie tylko to wyróżniało to miejsce. Tu było widać nadchodzące święta nie tylko z witryn sklepowych, które oferowały przystępne produkty w przystępnej, a i tak podniesionej cenie. Tu wszystko było jak świecący neon, który krzyczał "ŚWIĘTA"! Może wydaje się to takie zwykłe dla mnie było czymś zaskakującym. Na każdym domu wisiały ozdobne światełka, które wieczorem miały rozbłysnąć. Na drzwiach wisiały ozdobne wieńce, zrobione z gałązek i ozdób. Z niektórych okien dało się dostrzec wiszącą jemiołę. Uśmiechnęłam się do siebie na samą myśl o niej. Oblizałam wyziębione wargi, a po chwili poczułam na nich ciężar i ciepło. Zaśmiałam się i odwzajemniłam pocałunek, znajdując się nagle na jego kolanach. Pokręciłam jedynie głową i oparłam głowę o jego klatkę. To jego ramiona utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie ważne gdzie będę właśnie to tu będę się czuła bezpiecznie.
-Nad czym tak intensywnie rozmyślasz?- zapytał głaskając mnie po włosach.
-Nad tym miejsce.- westchnęłam cicho.
-Podoba ci się tu?- zapytał nie przerywając czynności.
-Oczywiście. To tak jakby święta trwały tu cały rok albo były naprawdę wyjątkowe.- odpowiedziałam z entuzjazmem.
-Bo te są naprawdę wyjątkowe.- szepnął mi do ucha.
-A dlaczego?- spytałam nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi. Innie nie były?
-Bo spędzam je z tobą.- uśmiechnął się czule, a ja musnęłam jego wargi.
-To w takim razie są naprawdę wyjątkowe.- zaśmiałam się, a on mi zawtórował.
Kilkanaście minut później ochroniarz mojego chłopaka zatrzymał się na podjeździe, a my wysiedliśmy na świeże powietrze. Od razu przeszył mnie chłód i głupota, że nie pomyślałam o tym by zostawić sobie coś cieplejszego na wierzchu. Justin jakby czytając mi w myślach uśmiechnął się albo bawiło go to, że marznę. Wolałam pierwszą opcję chociaż sama nie byłam pewna w obu wychodziłam na osobę pozbawioną rozumu. Kiedy wyjęli walizki z samochodu Justin pożegnał się z Kennym i powiedział, że w tej chwili ma wracać do domu na święta. Zdziwiona mina ochroniarza nieco mnie rozbawiła, ale wiedziałam, że on nie żartuje. Tak więc po krótkich namowach pożegnaliśmy go patrząc jak odjeżdża taksówką tam skąd właśnie przyjechał. Mój ukochany z wielkim uśmiechem na twarzy zataszczył większość walizek pod drzwi, ale udało mi się zabrać choć jedną ze sobą. Zapukał najpierw kulturalnie, ale po chwili wszedł już do środka. W końcu to był dom, w którym się wychował.
-Mamooo!- krzyknął z korytarza, do którego po chwili weszła niska brunetka. Uśmiechnęła się zarzuciła na ramię ścierkę, którą trzymałą w dłoni i przytuliła do siebie swojego syna.- Justin, mój kochany jakiś ty wysoki.- zlustrowała go wzrokiem i się zaśmiała.
-Dziękuję mamuś. Ty za to się nie zmieniłaś.- zawtórował jej śmiechem, ale ona w odpowiedzi zdzieliła go szmatką.
-Uważaj sobie synuś.- pogroziła palcem. Całej tej scenie przypatrywałam się z rozbawieniem z boku. Mimo, że miałam już okazję poznać jego mamę to nigdy nie widziałam się z nią będą dziewczyną jej syna. Miałam tylko nadzieje, że nie będzie się nad nim rozczulać tak jak to miała w zwyczaju robiąc to przed moją mamą, w kółko powtarzając, że on i Stella mają na siebie zły wpływ. - No proszę i przyprowadziłeś w końcu swoją dziewczynę.- uśmiechnęła się, przytuliła mnie do siebie i cmoknęła w policzek.- Ale nie postarałeś się.- wskazała na walizkę w mojej dłoni, którą z nie wiadomych powodów nadal trzymałam w dłoni.
-Melissa się uparła. A nie chciałem się z nią kłócić bo marzła mi na dworze.- powiedział odbierając mi bagaż z dłoni.
-Już nie ważne.- rzuciła.- Idź zanieś bagaże do pokoi, Mel będzie spała w gościnnym, a ty u siebie. A ciebie zapraszam na herbatę.- słychać było jęki sprzeciwu od strony Justina, ale wystarczyło jedno spojrzenie Pattie i od razu ucichł. Kobieta złapała mnie pod ramię i zaprowadziła do kuchni. Siedziała w niej starsza pani na oko sześćdziesięcioletnia oraz starszy pan, również w podobnym wieku. W obojgu poznałam dziadków Justina. Uśmiechnęłam się do nich. W odpowiedzi jego babcia wstała i przytuliła mnie do siebie.
-Witaj skarbie w rodzinie.- zaśmiała się wesoło i wróciła na miejsce.
-Dziękuję.- zarumieniłam się i usiadłam przy wyspie.
-Proszę kochanie. Na pewno zmarzłaś.- mama Justina postawiła przede mną kubek ciepłej herbaty, a ja powolnymi łyczkami siorbałam jego zawartość. Kilka chwil później na dół zszedł Bieber i przywitał się z dziadkami. Pogrążył się z nimi w rozmowie, a ja nie chcąc być nie miłą nie słuchałam o czym rozmawiając. Czułam jednak ukradkowe spojrzenia w moją stronę. Ja w tym czasie ogrzałam się herbatą i zaproponowałam pomóc w kuchni. Pattie przyjęła to z uśmiechem i podała mi fartuch do pomocy. Pracy nie było za wiele bo większość była już gotowa, ale i tak trzeba było przygotować dopiero jutro. Tak spędziliśmy miłe popołudnie. Jednak jeszcze przed zachodem słońca Justin wyciągnął mnie na spacer. Nie chciałam się zgodzić, ale wręcz siłą mnie do tego zmusił. Przechadzaliśmy się wzdłuż drogi, a ja co chwilę marudziła, że chcę wracać bo mi zimno i jestem zmęczona po podróży.
-Oj Mel, błagam cię przestań.- powiedział zirytowany kiedy po rak kolejny powtórzyłam, że nie podoba mi się jego pomysł.
-Ale ja chcę wracać.- odpowiedziałam zatrzymując się.
-Nie rób mi tu buntu tylko rusz się dalej.- pociągnął mnie za rękę prowadząc dalej.
-Powiesz mi gdzie mnie ciągniesz?- nie dawałam za wygrana.
-Nie.- odburknął i ciągnął dalej za sobą. Kiedy się zrównaliśmy objął mnie ramieniem i musnął mój policzek.- Nie obrażaj się maleńka.- szepnął mi do ucha, a ja wypuściłam powietrze z płuc.
-No dobrze, ale naprawdę nie mam ochoty iść nigdzie daleko.- mruknęłam, nadal nie przekonana.
-Wiem to.- spojrzał na mnie roześmiany.
-Nie wiem co cię tak bawi.- spojrzałam na niego zdziwiona.
-Ty, moja droga.- zaśmiał się, całując mnie delikatnie.
-Rozumiem.- chociaż nie rozumiała, wolałam zachować to dla niego.
-Już niedaleko.- uśmiechnął się i zatrzymał przed pewnym budynkiem.- To tu.
-Bardzo nie daleko jak zaraz.- odpowiedziałam, na co wywrócił oczami. Zapukał i tak jak wcześniej bez zaproszenia wszedł do środka. Miałam ochotę złapać go za nadgarstek i przyciągnąć do siebie.- Co ty robisz?- syknęłam, ale on w odpowiedzi pociągnął mnie za sobą. W domu słychać było śmiech, dziecięcy śmiech, dziecięcy głos, a nawet dwa. Nie wiedziałam o co w tym chodzi dopóki nie zobaczyłam mężczyzny, który mimo pewnego wieku był podobny do mojego chłopaka.
-Witam Jeremy Bieber.- przedstawił się i wyciągnął dłoń w moją stronę.
-Melissa Deep-Jolie.- uśmiechnęłam się nieśmiało.- Miło mi.
-Mi również.- zaśmiał się, a Justin przybił z tata piątkę.
-Gdzie dzieciaki?- zapytał z uśmiechem, a po chwili do jego stóp przykleiły się dwie małe postacie. Jedną z nich był trzyletni Jaxon oraz sześcioletnia Jazzy. Wziął siostrzyczkę na ręce, a potem wraz z jej pomocą i braciszka. Całował ich po twarzach za co oni wcale nie byli dłużni. Odwzajemniali pocałunki oraz tulili się do starszego brata, którego rzadko widywali. Smutne. Widać było jak bardzo ich kocha i nie lubi rozłąki z nimi. Razem w piątkę zjedliśmy kolację, a potem pomogliśmy ułożyć dzieciaki do snu. Jaxon bardzo polubił moją osobę, bo to mnie poprosił o przeczytanie bajki na dobranoc, a resztę wyprosił. Kiedy w końcu zasnął złożyłam na jego czole delikatny pocałunek.
-Będziesz wspaniałą matką.- powiedział cicho Justin materializując się przy drzwiach. Odwróciłam się do niego i posłała mu ciepły uśmiech.
-Nie wiem co będzie w przyszłości.- odpowiedziała nie wiedząc co powiedzieć.
-A chciałabyś mieć te dzieci ze mną?- zapytał z uśmiechem, a ja spojrzałam w jego oczy.
-Z tobą chciałabym mieć.- zarumieniłam się widząc jak wpływają na mnie jego tęczówki.
-Też cię kocham.- pocałował mnie, a potem gasząc światło wyszliśmy z sypialni chłopca.
Godzinę później byliśmy już w domu. Brałam prysznic, a potem udałam się do swojego pokoju. Rozczesałam włosy, nałożyłam balsamu do ciała i ułożyłam się w łóżku. Przecież to nie możliwe by zasnąć bez niego wiedząc, że on jest za ścianą, pomyślałam i wyszłam z pokoju. Skierowałam się do jego i cichutko by nikogo nie obudzić otworzyłam drzwi, weszłam do środka i je zamknęłam z powrotem. Usiadłam na jego łóżku i chwilę później już się w niego wtulałam. Zaskomlał coś pod nosem i objął mnie w pasie.
-Tęskniłem.- wyszeptał w moje włosy.- Dobranoc.
-Dobranoc.- odszepnęłam i zamknęłam oczy. Sen nadszedł bardzo szybko.

***
Jak szybciutko się napisał. Naprawdę ostatnio idzie mi coraz lepiej. Bez zbędnego przynudzania dziękuję, za przeczytanie lektury <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz