Kiedy obudziłam się późnym popołudniem okna nadal były zasłonięte ciężkimi żaluzjami. Ani jeden promyczek słońca się przez nie nie przedzierał. Nie mogłabym znieść choćby skrawka światła w nocy, które mogłoby rozproszyć mrok. Nie mogłabym wtedy zasnąć i męczyłabym się całą noc.
Rozglądnęłam się nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu i dostrzegłam jego koszulkę na fotelu. Tak zwyczajnie, jakby od zawsze było tam jej miejsce, a nie gdzieś indziej. Mój oddech nieznacznie przyśpieszył i z bijącym sercem spojrzałam na jego postać leżącą obok mnie. Wpatrywałam się w jego idealne ciało i oczy. Otwarte jednak nie patrzące w moją stronę. Wbite w sufit z wyrazem najwyższego skupienia. Intensywnie nad czymś myślał. Nie zauważył nawet kiedy podniosłam się do pozycji siedzącej. Nie interesowało go za wiele. Mogłam wiec spokojnie mu się przyglądać, starając się odtworzyć skrawek wczorajszych wspomnień.
Zacisnęłam powieki kiedy poczułam ból na nadgarstkach. Kajdanki. Chłodny metal, który ocierał moje dłonie. Pot zmieszany z krwią spływający z mojej twarzy. Okropność. Ciało człowieka, który nie żyje. Krzyki i sygnały znikły gdzieś w mojej głowie. Bałam się tego co nadchodzi. Zalała mnie fala wspomnień. W środku się szamotałam jakbym została uwięziona w kaftanie bezpieczeństwa, ale tak na prawdę leżałam z powrotem. Moje oczy choć otwarte były puste bez wyrazu.
-Melissa.- do moich uszu dochodzi wtedy cichy szept.
-Przepraszam.- wyszeptałam jak i on, a wtedy łzy zalały moją twarz.
-Nie masz za co.- pocałował mój policzek, a ja się w niego wtuliłam.
Byłam jak bezbronne dziecko, które każdy chciał mieć na własność. Ciastko, którym nie chciano się dzielić. A ja byłam na to za krucha i się łamałam, a wtedy spadałam w dół. Znowu jakbym już nigdy miała się nie podnieść. Ginęłam w mroku i nie umiałam wyciągnąć dłoni. Wołać o pomoc. Czekałam, aż ktoś zrozumie.
-Kocham cię i błagam jeśli nie zamierzasz tego odwzajemnić nie mów nic.- przyłożył mi palec do ust, a ja podniosłam na niego wzrok. Jak para kochanków patrzyliśmy sobie w oczy, a ja przecież nienawidziłam go. On mnie. A może to była obłuda, którą się karmiłam by iść dalej? Przecież uczucia nie są lekkie jak wiatr. Przecież gdyby mu nie zależało nie byłby tu ze mną czyż nie? Moje wcześniejsze życie było wspomnieniem. Pierwsze, żyło kłamstwami, drugie wspomnieniami. A ja potrzebowałam rozumienia i miłości. Bezgranicznej, takiej co pozwoliła by mi iść dalej. Być kimś więcej niż tylko stereotypem. I może wtedy to zaskoczyło, klucz w zamku w końcu pasował po wielu szlifach. On był tą miłością. Taką jak i ja byłam dla niego.
-Ale musisz coś wiedzieć.- skrzywił się jakby moje słowa choć jeszcze dla niego nie znane już go bolały.-Musisz wiedzieć, że cię kocham.- wyszeptałam swoją największą tajemnicę w jego wargi. Pocałował mnie namiętnie tuląc wnętrze swej dłoni do mojego policzka. Uśmiechnęłam się i złapałam jego ramion.
-Chcę wieczność trwać tak po prostu. Tu przy tobie.- uśmiechnął się marzycielsko i oparł mnie o swój tors.
-Gdyby to było możliwe, a nie jest, byłabym najszczęśliwszą kobietą na ziemi.- zaśmiałam się, a po chwili poprawiłam.-Przepraszam już jestem.-pogłaskał moje ramię z czułością całując mój bark.
-Ja również czuję się jak najszczęśliwszy facet na świecie.- jego delikatny zarost otarł się o mój policzek. Przyjemność.
-To tworzymy zgraną niby parę.- westchnęłam i starałam się odsunąć od siebie wspomnienie długonogiej blondynki.
-Melissa...-zaczął błagalnym tonem, ale mu przerwałam.
-Proszę cię. Czasem wolę tkwić w tej nieświadomości proszę. Cieszmy się chwilą Impas..- pokręciłam głową chcą wyrzucić z niej smutek.
-Nie. Proszę pozwól mi to wytłumaczyć.- nie chciałam tego słuchać, ale skinęłam by mówił dalej.- Wiem, że to co się działo. Kiedy nie byli...kiedy byłaś zamk...kiedy się leczyłaś..-szukał wciąż właściwych słów.- Nie było wobec ciebie sprawiedliwe. Zachowałem się okropnie, ale się bałem. Że jeśli dalej zostanę w twoim życiu to je zniszczę. Bałem się, że to ja doprowadziłem do tego, że się stoczyłaś Mel. Nigdy tak naprawdę tego nie powiedziałaś, ale bałem się, że to moja wina. Wiem jaka jesteś. Chcesz wszystkim udowodnić jaka jesteś wspaniała i to prawda bo jesteś. Ale jaką ceną udajesz, że jest jeszcze lepiej? Chcesz być perfekcjonistką. Nigdy nie zawodzić. To wspaniale, ale przez to umierasz tam w środku. To cię niszczy, a ja nie chcę cię stracić.- mówił to z miłością w oczach, a ja mu wierzyłam. Może nie tyle wierzyłam co ufałam choć może to to samo?- A Ashley była tylko przelotną kobietą. Dziewczyną, która tak naprawdę nic nie zmieniła. Ani moich uczuć, ani mnie samego. Zmieniła tylko ciebie i mnie. Poróżniła nas na łamach prasy. Odciągnięto ode mnie czarną chmurę z twoim nazwiskiem. I naprawdę tego nie potrzebowałem, ale jestem w tej chwili posłuszny mojemu producentowi i menażerowi. Jestem pionkiem, a ciebie po prostu zbito.- powiedział to w taki sposób, że mnie to nie zabolało. Sposób w jaki jego ton się dopasowywał. Martwił się, a słowa były miękkie kochliwe. - Ale wracasz do gry. Kto inny tym razem zostanie zbity, a my wygramy maleńka.- nagle z jednym słowem walą się wszystkie moje obawy, mury, którymi się otoczyłam. Bo wiedziałam, że to kieruję w moją stronę coś więcej niż pieszczotliwe słowo. Ofiarował mi znów całego siebie, a nawet i więcej.
-Więc jesteś z nią czy to tylko gra?- zapytałam go niepewnym głosem, a on rozbawiony opadł na poduszki.
-Kocham cię Meli jak nikogo innego. Nie jesteśmy ze sobą.- uśmiechnął się i przyciągnął do siebie.
Pocałował delikatnie i z czułością po czym dodał:- Moje oczko w głowie widzi tylko ciebie, zapamiętaj.
-Kocham cię Justin.- wtuliłam się w niego i zaciągnęłam zapachem jego skóry. Żel pod prysznic.- Byłeś w domu?
-Nie, kochanie. A co?- posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Brałeś prysznic.- uśmiechnęłam się, a moje policzki stały się szybko różowe.
-Tak maleńka. Trzymanie męskiego żelu pod prysznic nie świadczy o tobie najlepiej.- zaśmiał się i poczochrał moje włosy.
-Wiesz co?- pokręciłam głową i pocałowałam jego policzek.
-Tak wiem kochanie. Nie mogłaś beze mnie żyć.- znowu się roześmiał, a ja próbowałam go zrzucić z łóżka co szło mi nieco opornie. Jednak kiedy oparł się nogą o ziemię już kompletnie nie miałam szans. Za to on pociągnął mnie na siebie i wysunął moją głowę z tułowiem tak, ze zwisałam z łóżka.
-Justin!- krzyknęłam ze strachu, że zaraz zderzę się z podłogą głową.
-Spokojnie. Nie skrzywdziłbym cię.- uśmiechnął się czule i wciągnął z powrotem na łóżko.
-Jesteś wredny.- uderzyłam go lekko w bark na co się lekko skrzywił.- Przepraszam.- od razu pokryłam miejsce tysiącami małych pocałunków na co ponownie się roześmiał.- Jesteś okropny.
-Jak tak dalej pójdzie braknie ci epitetów.- zaczął mnie lekko łaskotać, ale ja leżałam niewzruszona. Jednak kiedy poczułam jak jego palce przysuwają się po mojej nagiej skórze od razu zaczęłam się śmiać próbując się mu wyrwać.
-Justin!- krzyknęłam ponownie jego imię, a on zatopił twarz w moich włosach.
-Pamiętaj, że cię kocham maleńka. Nie ważne co się wydarzy w naszym życiu.- wpiłam się w jego wargi i przylgnęłam do niego całym ciałem.
-P.S. kochanie ja też cię kocham.- zaśmiałam się, wesoło. Widziałam w jego oczach obudzone pożądanie. Ja również je czułam w swoich kościach we krwi. Chwilę potem byliśmy w swoich ramionach całkiem nadzy.