Stała pod drzwiami. Z tym swoim niepewnym uśmiechem, za który ją uwielbiałem. Chociaż to nie tylko to. Uwielbiałem ją na wiele sposobów. Wszystkie czyniły ją wyjątkową. Odsunąłem się od drzwi by spokojnie mogła przekroczyć próg domu. Widziałem wielkiego sińca zdobiącego jej oko. Już wtedy wiedziałem kto jej to zrobił, a ona jakby czytając mi w myślach, peszyła się i zasłaniała się włosami. Czułem potrzebę jej wtedy chronić. Była taka niewinna. Często się zakochiwała. Nie było to jej winą. A może nie zakochiwała? Może jedynie pozwalała by inni kochali ją? Kto nie chciał być kochany? Posłałem jej promienny uśmiech i poprowadziłem na kanapę. Usiadłem obok niej i westchnąłem. Czuła to, widziałem w jej oczach. Czuła to, że kocham ją od chwili gdy znalazła się w mojej sypialni. Gdy wtedy nieświadomie wypowiedziała, że mnie kocha. I tak były to słowa skierowane do mnie. "Kocham cię Justin". Pamiętałem wtedy nawet ton jej głosu. I prosiła bym ją tulił i już nigdy nie zostawił. A ja pozwoliłem by ja skrzywdzono. By ktoś niszczący podniósł na nią dłoń. I zarzekłem się wtedy, że już nigdy nie pozwolę by czuła się skrzywdzona, nieszczęśliwa.
Teraz mógłbym wyrzucać sobie tą głupotę. Chciałem ją chronić, ale tak naprawdę była unieszczęśliwiona. Bo gdyby tak nie było czy działo by się to wszystko?
Przerażony wyciągnąłem ciało z wody. Nigdy niczego tak się w życiu nie bałem, jak tego, że mogę ją teraz stracić. A to dlatego, że chciałem ją nastraszyć. Przez głupią zabawę mogłem już nigdy nie ujrzeć tego przeszywającego wzroku kiedy szukała we mnie odpowiedzi na swoje pytania. Nie zdawała sobie sprawy, a mimo że to jej życie było zagrożone, to przed moimi oczami ukazało się całe moje. I momenty, w których była ona. I to jak przyszła i jak się całowaliśmy. Jak szeptała, że jestem pierwszy i, że dziękuje mi za to. To co czyniło naszą krótką więź silną. Nie mogłem pozwolić jej odejść.
Dlaczego nie dostrzegłem tego wcześniej. Dlaczego? Wyrzucałem sobie wszystko. W tamtym momencie nie mogłem znieść też siebie. Bo gdyby nie ja czy to wszystko w ogóle by się wydarzyło? Nie znałem jeszcze odpowiedzi. Ale byłem ślepy. Wtedy kiedy cierpiała mnie nigdy nie było.
Zadzwoniła płaczliwym, ale nie obecnym głosem, prosząc bym przekonał jej siostrę. Nie wiedziałem o co chodzi, ale od razu się zgodziłem. Przecież to moja przyjaciółka. Tylko czemu nie dostrzegłem niemego ratunku ze strony mojej ukochanej? Kiedy przepuściła mnie w drzwiach. Jak się odsunęła ode mnie. Poczułem chłód, który widać było także w jej oczach. Zniszczyłem coś wtedy, a on miała tego nie zapomnieć. Głupi nie powiedziałem nic. Udałem, że wszystko jest w porządku i zająłem się tym po co przyszedłem. Potem nie zapytałem o nic, a ona wyglądała na załamaną. Jakbym się nie interesował.
Mógłbym liczyć, ale tego było zbyt wiele. Jej mina i ten wyraz jej oczu sprawiał, że nie czułem nic. Jakby wszystkie moje myśli, uczucia zniknęły, wyparowały. Próbowałem się bronić, ale to nic nie dało. Ginąłem wśród jej zieleni i nie czekało mnie nic oprócz zapomnienia. A wtedy nie było już niczego. I wiedząc to wszystko nie zrobiłem nic by jej pomóc. Nie rzuciłem koła ratunkowego, ale nie dostrzegłem znaku. Ona miała ten znak na twarzy, w oczach.
Obudziłem się i czułem jej wzrok na swojej twarzy. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, ale starałem się go nie poszerzać. Po chwili poczułem ciepło na wargach i znów chłód. Otworzyłem oczy i spojrzałem w jej. Były dalekie, obce i nie należały wcale do niej. Nie miałem pojęcia, skąd nagle u niej tak wielkie źrenice. Nie szukałem odpowiedzi. Zignorowałem to. Może to dlatego, że coś wpadło jej do oka? Chciałem ja usprawiedliwić aby się nad tym nie zastanawiać.
Błąd. Błąd. Cholerny błąd, a to wszystko przez dumę. Prze głupotę ludzką i swoją własną. Przecież gdybym w porę zareagował, może udało by się to cofnąć? Może zniknął by ten smutny wyraz z jej twarzy, który czasem przybierała. Może więcej by wtedy żartowała. A może poświęcałem jej za mało czasu? Oskarżałem sam siebie, nie znając prawdy. Ale co ci da prawda jeśli i tak czujesz, że zawiniłeś? Jak prawda ma zmienić twoje życie, skoro osoba którą kochasz... Mówi się, ze ktoś kto mówi, że miłość nigdy nie przynosi strachu, ten nigdy nie był zakochany. Może to prawda. Moja miłość często sprawdzała czy wystarczająco się o nią martwię, ale to przerosło moje oczekiwania. Gorsza była też świadomość kiedy to się działo.
Paranoicznie rozbiła lustro i wyrzuciła wszystko z szafki w łazience. Przerażona cofnęła się w tył i upadła na kafle. Ręką dotknęła czoła, a z niego sączyła się stróżka krwi. Krzyczała. Przeraźliwie krzyczała. Wpadła w atak paniki. Wołała, ale nie miało to większego sensu. Cofała się w tył, a jej ręka ciągnęła się za nią. Patrzyłem na to ze łzami w oczach. Co ona robiła? Jak mogła doprowadzić się do takiego stanu? Bałem się jej, bałem się tego co robiła. To było jak w najstraszniejszym horrorze, którego nikt nie chce przeżyć. Błagała mnie o litość. Błagała bym jej nie dotykał. Jej ciało zanosiło się spazmatycznym szlochem. Nagle napadły ją drgawki. Jak paralityk, podrygiwała na podłodze, a ja padłem na kolana szlochając. Bałem się wszystkiego. Kolejnej sekundy, swojego ruchu. Wszystko miało sekwencje wypadku. To było nie do zniesienia. Zdążyłem wykonać jeden telefon, ale głos co chwila zanikał. Nie mogłem powiedzieć słowa. A ona jakby umierała...
Potem znalazłem się w Mount Sinai Hospital i opatulony kocem popijałem kawę. Pielęgniarki, zresztą naprawdę miłe pocieszały mnie. Powiedziały, że doktor postara się by moja ukochana wyszła z tego wszystkiego cało. Gorzej kiedy się okazało, że to nie choroba. Nie coś co zniknie, tylko coś przez co ona może zniknąć. Miałem ochotę walić głową o mur. Emocje, które we mnie rosły, przerażały mnie. Chciałem się ich wyzbyć. Nie miałem jednak na to czasu.
Przyszedłem do niej, ale nie patrzyła na mnie. Uparcie tępo wpatrywała się w sufit, to w ekran urządzenia podłączonego do jej serca. Usiadłem na niewygodny, metalowym taborecie. Pokręciłem się chwilę na nim i skrzywiłem. Był nie wygodny i zimny. Zapach również, nie należał do najprzyjemniejszych. Chemikalia, środki czyszczące i lekarstwa o intensywnym zapachu powodowały mdłości. Jej blada i chuda ręka, leżała na pościeli. Spojrzałem na nią i po chwili nakryłem ją swoją dłonią. W porównaniu z moja skórą była blada jak ściana. Pokręciłem głową i podniosłem wzrok. Patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Oczy jak u laki, nie odzwierciedlały, żadnych uczuć, a ja pragnąłem jedynie by móc ją znowu przytulić. Nie wiedziałem nawet czy wie kim jestem. Nie dla tego, że spodziewano się u niej zaników pamięci. Niczego nie można było stwierdzić bo do nikogo się nie odzywała. Ale dlatego, że nie było w niej uczuć. A chciałem zobaczyć chociaż jak rumieni swoje policzki. Doktor obiecał trzymać wszystko w tajemnicy, ale błagał bym zrobił coś z tym. Nie chciał by zmarła z własnej głupoty. Bałem się jednak, że wymaga ode mnie za dużo.
-Nienawidzisz mnie.- to były jej pierwsze słowa, odkąd się obudziła.
-Nie prawda, maleńka.- uśmiechnąłem się. Nie była to do końca prawda, po części nienawidziłem siebie.
-Nie może być inaczej.- pokręciła głową jakby nie przyjmując nic innego do wiadomości. Potem ponownie zamilkła na kolejny tydzień. Do momentu wypisania ze szpitala. Wszystko było już gotowe w domu, ale mnie czekało wyzwanie. Najpierw musiałem ją tam sprowadzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz