Czekałam na ten dzień od moich dziewiętnastych urodzin. Siedziałam na łóżku i po raz ostatni spoglądałam na widok za oknem. Pogoda była piękna. Drzewo, które stało zaraz koło budynku rozkwitło pięknymi kwiatami. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odblokowałam telefon by sprawdzić godzinę. Było za dziesięć druga. Westchnęłam. Byłam zapewniona, że ktoś mnie odbierze, ale nie miałam stuprocentowej pewności, że ktoś się pojawi. Wstałam więc z posłania i rzuciłam okiem na już nie mój pokój. Ściany w wesołym pomarańczowo żółtym odcieniu i jasno drewniane meble. Na jednej ze ścian wisiała korkowa tablica. Nie był za duży, ale w sam raz. Uśmiechnęłam się do siebie i westchnęłam. W końcu wygrałam i byłam zdrowa. Czułam się rześka i w końcu mogłam normalnie spoglądać w lustro. Byłam zadowolona, ale nie byłam szczęśliwa. Może zostałam zamknięta w ośrodku odwykowym, ale informacje docierały nawet tu. ON był już szczęśliwy w ramionach innej. Mnie obrzucano błotem, a ON miał ją. Długonogą blondynkę z wielkim uśmiechem. Ashley. Pomyślałam i wypuściłam powietrze z płuc. Bolało. Kiedy się żegnaliśmy powiedział, że będzie mnie wspierać i kochać. Że będzie dzwonić i pisać. I tak było przez pierwsze dwa tygodnie. Potem coraz rzadziej się odzywał, aż wcale. Nie oskarżałam go. Przecież popełniłam tyle błędów. A on miał pracę. Trasy, album do nagrania. A jednak miał dla niej czas. Wyciągnęłam rączkę z walizki, zarzuciłam plecak na plecy i wzięłam do rąk misia. Pamiętam jak znalazłam go na łóżku w dniu wyjazdu. Obok niego leżała karteczka, a tam starannie napisane, że będzie zawsze przy mnie gdy on nie będzie mógł. Żałosne kłamstwo. Ale przytulanka była urocza. Wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz. Taszcząc ze sobą bagaż zeszłam na dół i uśmiechnęłam się do pani w sekretariacie. Kiedy pochwyciła mój uśmiech wyszła z pomieszczenia uściskała mnie mocno. Mimo wszystko zbliżyłam się do personelu ośrodka.
-Oj Melissa, nie wierze, że już wyjeżdżasz.- powiedziała, ocierając cisnące się do oczu łzy.
-Pani Rose, to chyba normalne.- uśmiechnęłam się pocieszająco.
-Ale jako jedyna czyniłaś tę pracę choć trochę przyjemniejszą niż w rzeczywistości jest.- zaśmiała się, chcąc ukryć swój smutek.
-Dziękuję, ale bez pani i wszystkich, którzy mnie wspierali nie wiem czy dałabym radę.- wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Będziemy tęsknić.- uściskała mnie i uciekła do siebie nie chcąc się rozpłakać.
Pokręciłam głową i ustawiłam wszystko pod ścianą. Usiadłam na plastikowym krzesełku i oparłam się głową o ścianę. Nie wiem jak długo tak siedziałam, ale dopiero trącenie w ramię przywróciło mnie na ziemię. Otworzyłam oczy i od razu przeniosłam wzrok na swoje stopy. Nie spodziewałam się, że to właśnie on pojawi się by mnie z powrotem zabrać do domu.
-Meliss, chodźmy.- rzucił i już ruszył w stronę wyjścia. Podniosłam się z krzesełka i zabrałam wszystko co stało koło mnie. Nie było to wcale lekkie, ale pozbyłam się grymasu z twarzy i uparcie szłam dalej. On jakby nagle się zreflektował i odebrał ode mnie walizkę nie dając dojść do słowa. Machnął jedynie ręką. Kiedy znaleźliśmy się przy jego aucie, wrzucił walizkę do bagażnika i otworzył przede mną drzwi. Wsiadłam do środka, a on zatrzasnął za mną drzwi. Po chwili siedział już ze mną i odjeżdżał z parkingu.
-A więc?- odezwał się nie pewnie i spojrzał na mnie kątem oka.
-Nie sądziłam, że cię tu zobaczę.- mruknęłam jedynie zsuwając ze stóp trampki i objęłam nogi ramionami, umiejscawiając głowę na kolanach.
-Mówiłem, że przyjadę.- powiedział cicho zatrzymując się na światłach.
-To było pół roku temu.- mój ton był nie przyjemnie oschły.
-A to coś zmienia?- zapytał zdziwiony skręcając na wylotówkę.
-Ty mi powiedz.- wzruszyłam ramionami i odwróciłam wzrok w stronę okna.
-O co ci chodzi?- widać było po jego minie, że jest zirytowany.
-Wiesz o tym lepiej ode mnie.- mruknęłam i podciągnęłam rękawy bluzy do góry.
-Nie rozumiem cię.- pokręcił głową i wjechał na autostradę.
-Wszystko się zmieniło.- odparłam i oparłam głowę o szybę udając, że zasnęłam.
[...] MUZYKA (nie mogłam się powstrzymać tak pięknie pasuje)
Zatrzymaliśmy się w przydrożnym MacDonaldzie i usiedliśmy pod oknem. Założył na głowę kaptur i okulary. Ja się tym nie przejmowałam, bo moja nie obecność w świecie show-biznesu sprawiła, że nikt się nie ciekawił co u mnie.
-Powiesz mi dlaczego taka jesteś?- odezwał się pierwszy przygryzając frytkę.
-Jestem normalna.- odparłam i zamoczyłam swoją w shake'u truskawkowym. Skrzywił się.
-Jak można to jeść?- odparł zdziwiony, a ja jedynie wzruszyłam ramionami.
-Normalnie.- odparłam i widziałam grymas na jego twarzy.- No co?
-Przestań udawać.- mruknął popijając colę.
-Ale ja nie udaje.- stwierdziłam spoglądając jak mała dziewczynka wybiera zabawkę do happy meal'a.
-To kim jesteś?- spojrzał na mnie, a ja wzruszyłam ramionami.
-Nie mam pojęcia.- szepnęłam, błądząc wzrokiem po jego twarzy.
-Czemu mi nie ufasz?- spytał po dłuższej chwili milczenia, ale wcale na mnie nie patrzył.
-Bo mnie okłamałeś.- skwitowałam bębniąc palcami o blat.
-Nigdy bym..-nie pozwoliłam mu jednak dokończyć.
-Benson.- warknęłam i wybiegłam z baru. Na dworze potwornie padało, co oznaczało u nas porządny deszcz, a może i nawet tornada. Jednak zamiast skierować się jak człowiek rozsądny do samochodu uciekłam w stronę lasu. Błądziłam blisko wyjścia. Nie chciałam się zgubić, chciałam płakać i krzyczeć. Powiedzieć światu to co ciążyło we mnie blisko sześć miesięcy. To czego nikt do tej pory nie usłyszał. To co bolało najbardziej. Utraciłam wiarygodność, ale wszyscy kłamali. Nic nie będzie takie jak kiedyś. To widziałam już wtedy, ale nie sądziłam, że ludzie też się zmienią. Wcale nie na lepsze.
[...]
"if you be my boat
I'll be your sea
a depth of pure blue just to probe curiosity
ebbing and flowing and pushed by a breeze
I live to make you free
I live to make you free"
Podgłośniłam radio i oparłam głowę o szybę. Od momentu kiedy znalazł mnie w lesie zapłakaną nie powiedział, ani słowa. Krople deszczu odbijały się od samochodu, zalewając go jakby łzami. Z daleka widać było pioruny i słychać, grzmoty. Czułam się bardziej samotna niż w ośrodku. Wszystko od środka mnie rozrywało. To nieprzemożone uczucie było nie do zwalczenia. Łzy same się cisnęły pod powieki, a ja nie miałam wystarczającej ilości silnej woli by je powstrzymać. Ścierałam je jedynie z powierzchni twarzy marząc by to się skończyło. By znów być blisko tego szczęścia, które utraciłam. Ale to było nie możliwe. Wszystko przestało mieć znaczenie. Nawet miłość do niego. Przecież dla niego nawet nie istniała. Zagryzłam wargi z bezsilności.
-Przestań.- rzucił, i przerzucił biegi by przyśpieszyć.
-Nie kazałam ci po mnie przyjeżdżać.- warknęłam.
-Ale skoro to zrobiłem to może byś się ogarnęła?- spojrzał na mnie. Jego twarz wykrzywiała złość, ale oczy...one nadal były łagodne. Jakby się bał. Bał o mnie. Pokręciłam zdezorientowana głową.
-To wszystko przez ciebie.- otarłam łzy i zacisnęłam dłonie w pieści.
-Ubzdurałaś sobie.- jego obojętność mnie irytowała.
-Nie wiem co ty sobie myślałeś.- rzuciłam przez zaciśnięte zęby.
-Raczej to ja nie wiem.- zaśmiał się złośliwie, a wtedy zdałam sobie sprawę jaki ON naprawdę jest.
-Jesteś świnią Justin.-rozpłakałam się i tuliłam do misia, który był od Biebera.
~
To dla jej dobra. Powtarzałem sobie w myślach widząc jak płacze, miałem ochotę tulić ją do siebie. Czy zasługiwała na to wszystko ode mnie? Oczywiście, że nie. Ale bałem się, że przeze mnie znowu zacznie brać. Nie powiedziała nic co by wskazywało na to, że to nie moja wina. Czułem się jeszcze bardziej obciążony tym wszystkim. Ale to dla niej. Z miłości do niej. By była w końcu szczęśliwa.
***
Część druga już powoli staje się rzeczywista. Nie piszę nic z wyprzedzeniem, a na bieżąco. To co się dzieje jest dla nich trudne, ale może dadzą sobie radę czyż nie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz