Kiedy obudziłam się późnym popołudniem okna nadal były zasłonięte ciężkimi żaluzjami. Ani jeden promyczek słońca się przez nie nie przedzierał. Nie mogłabym znieść choćby skrawka światła w nocy, które mogłoby rozproszyć mrok. Nie mogłabym wtedy zasnąć i męczyłabym się całą noc.
Rozglądnęłam się nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu i dostrzegłam jego koszulkę na fotelu. Tak zwyczajnie, jakby od zawsze było tam jej miejsce, a nie gdzieś indziej. Mój oddech nieznacznie przyśpieszył i z bijącym sercem spojrzałam na jego postać leżącą obok mnie. Wpatrywałam się w jego idealne ciało i oczy. Otwarte jednak nie patrzące w moją stronę. Wbite w sufit z wyrazem najwyższego skupienia. Intensywnie nad czymś myślał. Nie zauważył nawet kiedy podniosłam się do pozycji siedzącej. Nie interesowało go za wiele. Mogłam wiec spokojnie mu się przyglądać, starając się odtworzyć skrawek wczorajszych wspomnień.
Zacisnęłam powieki kiedy poczułam ból na nadgarstkach. Kajdanki. Chłodny metal, który ocierał moje dłonie. Pot zmieszany z krwią spływający z mojej twarzy. Okropność. Ciało człowieka, który nie żyje. Krzyki i sygnały znikły gdzieś w mojej głowie. Bałam się tego co nadchodzi. Zalała mnie fala wspomnień. W środku się szamotałam jakbym została uwięziona w kaftanie bezpieczeństwa, ale tak na prawdę leżałam z powrotem. Moje oczy choć otwarte były puste bez wyrazu.
-Melissa.- do moich uszu dochodzi wtedy cichy szept.
-Przepraszam.- wyszeptałam jak i on, a wtedy łzy zalały moją twarz.
-Nie masz za co.- pocałował mój policzek, a ja się w niego wtuliłam.
Byłam jak bezbronne dziecko, które każdy chciał mieć na własność. Ciastko, którym nie chciano się dzielić. A ja byłam na to za krucha i się łamałam, a wtedy spadałam w dół. Znowu jakbym już nigdy miała się nie podnieść. Ginęłam w mroku i nie umiałam wyciągnąć dłoni. Wołać o pomoc. Czekałam, aż ktoś zrozumie.
-Kocham cię i błagam jeśli nie zamierzasz tego odwzajemnić nie mów nic.- przyłożył mi palec do ust, a ja podniosłam na niego wzrok. Jak para kochanków patrzyliśmy sobie w oczy, a ja przecież nienawidziłam go. On mnie. A może to była obłuda, którą się karmiłam by iść dalej? Przecież uczucia nie są lekkie jak wiatr. Przecież gdyby mu nie zależało nie byłby tu ze mną czyż nie? Moje wcześniejsze życie było wspomnieniem. Pierwsze, żyło kłamstwami, drugie wspomnieniami. A ja potrzebowałam rozumienia i miłości. Bezgranicznej, takiej co pozwoliła by mi iść dalej. Być kimś więcej niż tylko stereotypem. I może wtedy to zaskoczyło, klucz w zamku w końcu pasował po wielu szlifach. On był tą miłością. Taką jak i ja byłam dla niego.
-Ale musisz coś wiedzieć.- skrzywił się jakby moje słowa choć jeszcze dla niego nie znane już go bolały.-Musisz wiedzieć, że cię kocham.- wyszeptałam swoją największą tajemnicę w jego wargi. Pocałował mnie namiętnie tuląc wnętrze swej dłoni do mojego policzka. Uśmiechnęłam się i złapałam jego ramion.
-Chcę wieczność trwać tak po prostu. Tu przy tobie.- uśmiechnął się marzycielsko i oparł mnie o swój tors.
-Gdyby to było możliwe, a nie jest, byłabym najszczęśliwszą kobietą na ziemi.- zaśmiałam się, a po chwili poprawiłam.-Przepraszam już jestem.-pogłaskał moje ramię z czułością całując mój bark.
-Ja również czuję się jak najszczęśliwszy facet na świecie.- jego delikatny zarost otarł się o mój policzek. Przyjemność.
-To tworzymy zgraną niby parę.- westchnęłam i starałam się odsunąć od siebie wspomnienie długonogiej blondynki.
-Melissa...-zaczął błagalnym tonem, ale mu przerwałam.
-Proszę cię. Czasem wolę tkwić w tej nieświadomości proszę. Cieszmy się chwilą Impas..- pokręciłam głową chcą wyrzucić z niej smutek.
-Nie. Proszę pozwól mi to wytłumaczyć.- nie chciałam tego słuchać, ale skinęłam by mówił dalej.- Wiem, że to co się działo. Kiedy nie byli...kiedy byłaś zamk...kiedy się leczyłaś..-szukał wciąż właściwych słów.- Nie było wobec ciebie sprawiedliwe. Zachowałem się okropnie, ale się bałem. Że jeśli dalej zostanę w twoim życiu to je zniszczę. Bałem się, że to ja doprowadziłem do tego, że się stoczyłaś Mel. Nigdy tak naprawdę tego nie powiedziałaś, ale bałem się, że to moja wina. Wiem jaka jesteś. Chcesz wszystkim udowodnić jaka jesteś wspaniała i to prawda bo jesteś. Ale jaką ceną udajesz, że jest jeszcze lepiej? Chcesz być perfekcjonistką. Nigdy nie zawodzić. To wspaniale, ale przez to umierasz tam w środku. To cię niszczy, a ja nie chcę cię stracić.- mówił to z miłością w oczach, a ja mu wierzyłam. Może nie tyle wierzyłam co ufałam choć może to to samo?- A Ashley była tylko przelotną kobietą. Dziewczyną, która tak naprawdę nic nie zmieniła. Ani moich uczuć, ani mnie samego. Zmieniła tylko ciebie i mnie. Poróżniła nas na łamach prasy. Odciągnięto ode mnie czarną chmurę z twoim nazwiskiem. I naprawdę tego nie potrzebowałem, ale jestem w tej chwili posłuszny mojemu producentowi i menażerowi. Jestem pionkiem, a ciebie po prostu zbito.- powiedział to w taki sposób, że mnie to nie zabolało. Sposób w jaki jego ton się dopasowywał. Martwił się, a słowa były miękkie kochliwe. - Ale wracasz do gry. Kto inny tym razem zostanie zbity, a my wygramy maleńka.- nagle z jednym słowem walą się wszystkie moje obawy, mury, którymi się otoczyłam. Bo wiedziałam, że to kieruję w moją stronę coś więcej niż pieszczotliwe słowo. Ofiarował mi znów całego siebie, a nawet i więcej.
-Więc jesteś z nią czy to tylko gra?- zapytałam go niepewnym głosem, a on rozbawiony opadł na poduszki.
-Kocham cię Meli jak nikogo innego. Nie jesteśmy ze sobą.- uśmiechnął się i przyciągnął do siebie.
Pocałował delikatnie i z czułością po czym dodał:- Moje oczko w głowie widzi tylko ciebie, zapamiętaj.
-Kocham cię Justin.- wtuliłam się w niego i zaciągnęłam zapachem jego skóry. Żel pod prysznic.- Byłeś w domu?
-Nie, kochanie. A co?- posłał mi zdziwione spojrzenie.
-Brałeś prysznic.- uśmiechnęłam się, a moje policzki stały się szybko różowe.
-Tak maleńka. Trzymanie męskiego żelu pod prysznic nie świadczy o tobie najlepiej.- zaśmiał się i poczochrał moje włosy.
-Wiesz co?- pokręciłam głową i pocałowałam jego policzek.
-Tak wiem kochanie. Nie mogłaś beze mnie żyć.- znowu się roześmiał, a ja próbowałam go zrzucić z łóżka co szło mi nieco opornie. Jednak kiedy oparł się nogą o ziemię już kompletnie nie miałam szans. Za to on pociągnął mnie na siebie i wysunął moją głowę z tułowiem tak, ze zwisałam z łóżka.
-Justin!- krzyknęłam ze strachu, że zaraz zderzę się z podłogą głową.
-Spokojnie. Nie skrzywdziłbym cię.- uśmiechnął się czule i wciągnął z powrotem na łóżko.
-Jesteś wredny.- uderzyłam go lekko w bark na co się lekko skrzywił.- Przepraszam.- od razu pokryłam miejsce tysiącami małych pocałunków na co ponownie się roześmiał.- Jesteś okropny.
-Jak tak dalej pójdzie braknie ci epitetów.- zaczął mnie lekko łaskotać, ale ja leżałam niewzruszona. Jednak kiedy poczułam jak jego palce przysuwają się po mojej nagiej skórze od razu zaczęłam się śmiać próbując się mu wyrwać.
-Justin!- krzyknęłam ponownie jego imię, a on zatopił twarz w moich włosach.
-Pamiętaj, że cię kocham maleńka. Nie ważne co się wydarzy w naszym życiu.- wpiłam się w jego wargi i przylgnęłam do niego całym ciałem.
-P.S. kochanie ja też cię kocham.- zaśmiałam się, wesoło. Widziałam w jego oczach obudzone pożądanie. Ja również je czułam w swoich kościach we krwi. Chwilę potem byliśmy w swoich ramionach całkiem nadzy.
'Skup się. Musisz być twarda. Nie jesteś nikim. Nie bez powodu znaczysz coś dlatego świata. Zrób coś dla ludzi, ale nie bądź wścibska. Jesteś niezależną kobietą. To skąd jesteś nie ma znaczenia.'
piątek, 24 maja 2013
czwartek, 23 maja 2013
Chapter XXXVI - The reason you're still here.
Są tacy, którzy uciekają od cierpienia miłości. Kochali, zawiedli się i nie chcą już nikogo kochać, nikomu służyć, nikomu pomagać. Taka samotność jest straszna, bo człowiek uciekając od miłości, ucieka od samego życia. Zamyka się w sobie. Jan Twardowski.
Plastikowe krzesło w poczekalni było okropnie niewygodne. Wierciłam się na nim niespokojnie. Czułam na twarzy stróżki zaschniętych łez zmieszanych z tuszem. Ból przeszywał moją klatkę piersiową. Pomasowałam dłonią w okolicy serca i brałam większe oddechy. Otępienie. Moje uczucia były blade. Nawet moje myśli nimi nie były. Wdech i wydech. Co będzie potem? Tego nie wiedziałam. Nie mogłam wrócić sama. Auto było skasowane. Wypadek. Zacisnęłam powieki. Niech ten koszmar się już skończy. Błagałam o to. I w sumie się skończył. Ale nadal tu byłam. Zapach pączków, kawy i papierosów. Ohyda. Rozglądnęłam się i otarłam wyciekające z oczu łzy. Przełknęłam ślinę i złapałam się za głowę. Durny przypadek i jeszcze ten wypadek. Gdybym miała coś więcej niż ten świstek papieru. Ale nie ja oczywiście musiałam zapomnieć portfela. Ugh. A na tym papierku był tylko jeden numer. I pewnie pod niego zadzwonili. Miałam ochotę przyłożyć głową o ścianę Na szczęście nikt nie miał pojęcia, że to ja siedzę za kierownicą tego auta. Moja głupota nie znała granic.
Rozległ się cichy pomruk, ale był wyczuwalny. Jakby przeszedł po wszystkich prąd i doszedł do mnie. Wytarłam oczy rękawem swetra i podniosłam głowę. Stał oparty o kontuar i zawzięcie gestykulował. Najpierw spokojnie, ale potem jakby się zdenerwował i zaczął się kłócić. Sierżant skapitulował i przepraszają go podszedł do mnie. Wyciągnął w moją stronę dłoń, ale ją zignorowałam. Sama się podniosłam z krzesełka, które zaskrzypiało. Jednak on machnął dłonią nie zabierając jej, jakby chciał bym podała mu zakute dłonie. Tak więc to zrobiłam, a on pociągnął mnie za sobą w jego stronę. Jego twarz nie wyrażała dosłownie niczego. Patrzył na mnie pozbawiony emocji, ale zaciśnięte usta wskazywały na zdenerwowanie. Spojrzałam w bok i westchnęłam.
-Rozkujcie ją.- polecił policjantom.
-Ale proszę pana..-zaczął sierżant nieco speszony i spojrzał nieco w dół.- Ona nie jest zakuta ze względu na wypadek.- spojrzał mu w oczy i uciekł zaraz wzrokiem w bok.- Próbowała się zabić.- wyjąkał, a ja usłyszałam jak wciąga głośno powietrze. Spojrzałam na niego, a w jego oczach ujrzałam ból.
Ze swojego gabinetu wysiadł komendant. Jego dużych rozmiarów brzuch był opięty długim paskiem. Koszula poplamiona kawą, a krawat już rozwiązany. Obleśny typ, westchnąłem i spojrzałam na niego. Klejącymi się łapami złapał moje dłonie i trzymając je podsunął pod nos sierżantowi.
-Panienka jest nie winna. Rozkuj ją rzesz.- mruknął sepleniąc i uśmiechnął się drogim uśmiechem.
-Mogę ją zabrać?- zapytał się nie zaszczycając mnie spojrzeniem.
-Tak, oczywiście. Proszę pilnować. Ładna osóbka.- uśmiechnął się ponownie i wycofał do siebie. Justin skinął głową i pchnął w kierunku drzwi. Pocierałam obolałe nadgarstki. Od zaciśniętych kajdanek odcisnęły się na nich czerwone pręgi. Piekły nieco, ale ból był do zniesienia. Zatrzymałam się na schodach prowadzących na posterunek i spojrzałam na ciemne niebo. Uliczne latarnie rozświetlały przyjemnie mrok. W oddali widać było też jak rozjaśniają go reflektory.
-Zamówisz dla mnie taksówkę?- poprosiłam czując jego obecność za sobą
-Chodź.- rzucił i wyprzedził mnie zbiegając po schodach. Jęknęłam i ruszyłam za nim. Nie chciałam jego litości. W ogóle go tu nie potrzebowałam, ale nie moja wina, że jego numer był na tej kartce, prawda?
-Nie musisz tego robić.- powiedziałam wlokąc się za nim. Nic nie odpowiedział i otworzył mi drzwi na miejsce pasażera. Z westchnieniem umieściłam się na fotelu, a chwilę później siedział już koło mnie. Od powrotu i dnia kiedy go wyrzuciłam z domu nie byliśmy tak blisko siebie.
-Przestań, Melissa.- westchnął zirytowany i wycofał samochód.- Powiesz mi o co chodzi?
-A nie powiedzieli ci?- zaśmiałam się gorzko, a on posłał mi wymowne spojrzenie.- Jeremy się pojawił w studiu. Przyjęli go z powrotem. Co z tego, że nie chcieli mnie słuchać. A Matt, też nie miał nic do powiedzenia. Przecież to Greg wszystko ustala.- uderzyłam pięścią w kolano.
-To nie tłumaczy tego, że wylądowałaś na posterunku policji.- nie patrzył na mnie, skupił się na drodze.
-Zdenerwowałam się i wybiegłam ze studia. Wskoczyłam do auta i ruszyłam w drogę powrotną. Chociaż sama nie wiem gdzie jechałam. Przed siebie.- łza potoczyła się po moim brudnym policzku.
-Melissa, powiedz mi.- spojrzał na mnie i położył dłoń na moim kolanie.
-Jechałam przepisowo. To nie była moja wina. Ten chłopak wskoczył mi przed maskę. Było zielone.- wyjąkałam płaczliwym tonie.
-Spokojnie. Będzie dobrze.- pogłaskał mnie po głowie i skręcił.
Resztę drogi przebiliśmy w milczeniu. Ale doszliśmy do cichego porozumienia. Tak mi się przynajmniej wydawało. Chciałam by był blisko mnie. Był moim powietrzem i bez niego nie potrafiłam oddychać. Kiedy byliśmy już pod moim domem otworzył mi drzwi od auta. Wcześniej gasząc silnik. Nic nie powiedziałam. Miałam nadzieję, że pójdzie ze mną. Złapał mnie za dłoń i objął ramieniem w pasie, kopniakiem zamykając drzwi. Pilotem zabezpieczył auto i zaprowadził mnie do domu. Otworzył drzwi do mojego domu i przeprowadził mnie przez próg. Wziął mnie w ramiona i zabrał mnie na górę. Może dlatego, że ledwo stałam na nogach i jak tylko znaleźliśmy się w domu oparłam się o barierkę przy schodach. Wszedł do mojego pokoju i położył mnie na łóżku. Ledwo odbierałam bodźce zewnętrzne, ale pamiętam tylko jego dłonie na moim ciele kiedy pozbywał się moich ubrań i cichy szept.
-Już dobrze maleńka, śpij.- a potem odpłynęłam.
Kiedy nadchodzi miłość nie masz pojęcia, że to ona. Czasem jest nagła i gwałtowna. Innym razem po prostu się rozwija jak piękny kwiat. Ale każdy kwiat trzeba podlewać i pielęgnować inaczej umrze. Wtedy zwykle kupujemy nowego kwiatka. Tylko niektórzy są zdolni nadal się nim opiekować. A wtedy ten kwiat potrafi zakwitnąć obficiej.
Rano obudziłam się obolała i zmęczona. Na moim brzuchu spoczywało masywne ramię. Otworzyłam oczy i zobaczyłam Justina. Smacznie spał, a każdy jego włos był ułożony w inną stronę. Brakowało mi tego beztroskiego obrazku. Miałam nadzieje, że nie będę musiała tak szybko się z nim rozstawać. Nie chciałam już nigdy więcej tego robić.
środa, 22 maja 2013
Chapter XXXV - Ten seconds as decisions about life.
Atmosfera
Czy wszystko musi być przypadkiem? A co z losem? To znaczy to samo? Przypadek jest równy losowi? Spieranie się o to mogło by zając mi wieki. Nie miałam tyle czasu. Miałam dziesięć sekund. Za mało czasu. Czułam zapach w powietrzu. Powiew wiatru na twarzy. Spódnica zafalowała się wokół moich kostek, a kawa wylała się nieco z kubka. I tak była za słodka. Cukier. Osiem sekund. Jego spojrzenie powędrowało w moją stronę, zanim zdążyłam to zrobić pierwsza. Sześć sekund. Był tak blisko, ledwie o krok. Zamyśliłam, się aż tak bardzo? Niedobrze. Cztery sekundy. Patrzyłam w morze czekolady. Tak myślałam o domu kilka tygodni temu. Tak myślałam o miłości. Dwie sekundy. On już wiedział, że mnie posiadł w całości. Całkowicie taka jaka stałam przed nim. Jedna sekunda. Uśmiechnął się, a potem to zniknęło. Teraz. Wyminął mnie. Tak po prostu. Bez słowa. Moja głowa nagle stała się ciężka. Łzy? Czułam je już pod zaciśniętymi powiekami. Mogłam oszukiwać innych, którzy mi nie wierzyli. Mogłam kłamać świadomość. Ale nie uczucia. One miały swoje własne gniazdo w moim ciele i patrzyły jak ból płata mi figle. Jak dotyka jej dłoni. Jak całuje w policzek. Sparaliżowana patrzyłam na to, ale nie przejmowałam się tym. Byłam jak duch. Niewidzialna. Gdybym nie poczuła jak moje stopy nagle robią się mokre może nigdy bym się stamtąd nie ruszyła. Jak? Kawa zalała mi niskie sandałki. Nie ważna wartość materialna. A gdzie moja miłość? Dlaczego ona? Co ona ma w sobie czego nie posiada moja dusza? Czy to dlatego, że walczyłam dla niego? Że uważałam, że warto żyć by znów być przy nim? To coś złego? Odeszłam. Nie biegiem. Nie truchtem. Nie szybkim krokiem. Najwolniej jak się dało. By ból pozwolił mi zrozumieć. Jak wielki popełniłam błąd.
Spojrzałam w dal i spaliłam papierosa. Zgniotłam go o barierkę i wyrzuciłam na trawnik. Kto by się przejmował zielenią? Pokręciłam głową. Łamiesz własne zasady. Nie radzisz sobie już z niczym. Nawet ze sobą. Musiałam się zgodzić. Nie radziłam sobie już z niczym. Patrzyłam tylko na to wszystko jeszcze raz. Analiza każdego kroku, gestu. Zmiana wyrazu jego twarzy. Gdzie on wtedy patrzył. Gdzie były jego oczy? Czemu kiedy się uśmiechał widziałam jak intensywnie się we mnie wpatruje? Dlaczego kiedy podniósł wzrok na jego twarz wstąpił grymas? I czy tylko mi się zdawało, czy on jednak chciał coś wtedy powiedzieć? Coś mu nie pozwoliło. Ktoś. Wysoka, szczupła. Krągłe kształty. Blond włosy. Ładna. Nie przeciętna. Wyróżniająca się. Kochał takie. Wyrzuć to z głowy dziewczyno. On już nie jest taki. On jest już inny. On już nie jest twój. Ból. Tępota. A gdzie lekarstwo? Kilkanaście kilometrów stąd. Zamknięte na klucz o tej porze. Dwudziesta druga osiemnaście. Dziwna godzina. Ile tak stoję? Cztery godziny? Od czasu wydarzenia. Dziesięć sekund. Była to osiemnasta dwadzieścia. Prawie cztery godziny. Trzy papierosy i wiatr. Szepty liści i świergot. Co w tym kojącego? Brak muzyki. Za cicho by zagłuszyć to czego nie powinno być. Wróciłam do środka i zamknęłam balkon. Troszkę pachniało smogiem. I tak nikt już tu nie mieszka. Nie wiele osób w ogóle wiedziało, że ktoś tu mieszka. Byłam sama. Mogłam wszystko, a jednocześnie nic. Patrzono mi na ręce. Drętwota. Bawimy się w czary? Magia nie była dla mnie. Wiara. Chciałam uwierzyć, że dostanę kolejne dziesięć sekund. Ale czy wtedy to nie będzie już dwadzieścia? A wtedy jeszcze tylko tak cztery razy. Minuta. Kolejne szczęść. Mamy już dwie minuty. Czy wtedy poczułabym jego usta? Dzwonek do drzwi. Kto to mógł być o tej porze? Zeszłam na dół. Nie śpieszyłam się. Miałam nadzieje, że osoba odejdzie. Jednak dźwięk uparcie się roznosił po domu. Już, fuknęłam w myślach i otworzyłam. Ciemno. Niewiele można było dostrzec. Nie było tam nikogo. Tylko coś białego. Odcinało się od nocy. Kartka. Moje imię. Melisso. Otworzyłam, złożony papier.
Słowa nigdy nie były moją mocną stroną. Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Ale to ty pozwoliłaś mi mówić. A gdy ty mówiłaś słuchałem. Pozwól mi zatem coś ci powiedzieć. Jednak to nie takie proste. Powiem ci gdy będziesz tego chciała. Byś nie czuła bólu. Przepraszam.
Twój Justin.
Pustka. To powinnam czuć? Radość? Ale z czego? Pokręciłam bezwiednie głową. Odszedł czy nadal tu jest? Czuwa?
-Czemu mam ci uwierzyć?- powiedziałam zrozpaczona. Nie uzyskałam odpowiedzi. Obłuda. To nic innego jak kłamstwo. Jak miałam mu ufać? A co by się stało gdybym jednak mu zaufała? Nie mogłam niczego stracić. Nie miałam nic. Chciałam by tu był.
-Przytul mnie.- szepnęłam i wróciłam do środka. Spać. Ostatnia myśl i zasnęłam.

[...]
Ból głowy podrażniał nerwy. Wszystko mnie bolało, a zapach był okropny. Pot zmieszany z dymem papierosowym. Odór rozlanej kofeiny. Dziesięć sekund. Zamknęłam ponownie oczy odtwarzając ten moment. Nic w tym życiu nie było łatwe. Wymacałam dłonią telefon. Nieustannie wibrował. Otworzyłam oczy i spojrzałam na wyświetlacz. Jego oczy. Pokręciłam głową. Joe, Miley, Joe. Jego usta. Ethan, Matt, Miley. Jego uśmiech. Nagranie do albumu. Wstałam szybko z łóżka i pobiegłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Umyłam starannie włosy i wyskoczyłam z kabiny. Owinięta ręcznikiem wróciłam do pokoju. Pukanie do drzwi. Jak można tak głośno pukać? Zbiegłam na dół. Zanim jednak otworzyłam drzwi. Cofnęłam dłoń. ...i przekręciłam zamek. Za drzwiami stał Justin i uśmiechał się łobuzersko. Porwał mnie w ramiona i złączył nasze usta w pocałunku pieszcząc moje wargi. Po chwili odsunęłam się od niego i uśmiechnęłam przepraszająco. Bolesne wspomnienie. Pokręciłam głową i dotknęłam klamki. Otworzyłam drzwi.
-Cześć Melissa.- spojrzałam na niego zdziwiona. Wpuściłam go do środka. Jego mina wyrażała zażenowanie. Spojrzałam na siebie i szybko pobiegłam na górę. Ubrałam się odpowiednio i jedynie z ręcznikiem na włosach wróciłam na dół.
-Cześć Taylor. Co cię tu sprowadza?- uśmiechnęłam się delikatnie.
-Chciałem chyba porozmawiać.- westchnął i zatarł ręce w geście nadania sobie odwagi.
-Jasne, ale o czym?- spojrzałam na niego niepewnie.
-Wiem, że jesteś z Justin'em szczęśliwa. Nie jestem zły. Chodzi oto, że...-zaciął się, a ja patrzyłam na niego szklanym wzrokiem. Jakbym obserwowała go prze grube szkło.-Wiem, że spałaś z nim tamtego dnia.- wyrzucił to z siebie, a mnie zatkało.
-Ale Tay?- nie dał mi do kończyć pytania, ale nie wiem co bym chciała nawet powiedzieć, a nawet jeśli już chciałam czy byłoby to pytanie.
-Nie Mel. To i tak nie ma znaczenia, prawda?- uśmiechnął się nieco.
-Chyba tak.- kiwnęłam sztywno głową.
-Cieszę się.- wstał, bo wcześniej zanim zeszłam usiadł, i ruszył w stronę drzwi.- Do zobaczenia.- pomachał mi i wyszedł. Zamurowało mnie. Nie rozumiałam. Czy na serio wszyscy nadal mieli nas za parę? Nikt nie zauważył jej? Tej dziewczyny, która przy nim teraz była? Głupota. Śpieszyło ci się, głosik w mojej głowie mnie ponaglił. Dziesięć sekund, niech sobie to tylko przypomnę.
[...]
Wybiegłam ze studia. Jak to się mogło stać? Co tym razem przeoczyłam w tym wszystkim. Dlaczego świat tak szybko się z mienił wciągu tych dwudziestu czterech tygodni? Nie mogłam już niczego pojąć. Jak mogli przyjąć Jeremiego? Prosiłam. Nie chciałam mieć z nim kontaktu. On jest najlepszy, i co z tego? Pokręciłam głową i wsiadła do auta. Odpaliłam silnik i wyjechałam z parkingu podziemnego. Ruszyłam w drogę powrotną. Na ulicach było całkiem spokojnie, ale to nie znaczy, że go odczuwałam. Emocje pędziły, każda w inną stronę. Może gdyby nie burza to bym się zatrzymała. Chociaż w tym w ogóle nie było mojej winy. Przecież nic by się nie stało. Gdybyś patrzyła, a nie się nad sobą użalała. W takiej sytuacji pozostaje mi już tylko płakać nad swoją niedolą. Co z tego, że są świadkowie. To się stało. I już tego nie zmienię. Dziesięć sekund by ktoś już nie żył. Nieszczęśliwy wypadek? Przeznaczenie? Przypadek? Czy los? Dziesięć sekund.

***
Nie jestem pewna tego co się właśnie stało. Ale to może być katalizatorem do ogromnych pomysłów. Cieszę się, że nie straciłam jeszcze weny. Ale wiem, że ostatnio rozdziały są takie nie składne. Przepraszam. Naprawię to <3
Czy wszystko musi być przypadkiem? A co z losem? To znaczy to samo? Przypadek jest równy losowi? Spieranie się o to mogło by zając mi wieki. Nie miałam tyle czasu. Miałam dziesięć sekund. Za mało czasu. Czułam zapach w powietrzu. Powiew wiatru na twarzy. Spódnica zafalowała się wokół moich kostek, a kawa wylała się nieco z kubka. I tak była za słodka. Cukier. Osiem sekund. Jego spojrzenie powędrowało w moją stronę, zanim zdążyłam to zrobić pierwsza. Sześć sekund. Był tak blisko, ledwie o krok. Zamyśliłam, się aż tak bardzo? Niedobrze. Cztery sekundy. Patrzyłam w morze czekolady. Tak myślałam o domu kilka tygodni temu. Tak myślałam o miłości. Dwie sekundy. On już wiedział, że mnie posiadł w całości. Całkowicie taka jaka stałam przed nim. Jedna sekunda. Uśmiechnął się, a potem to zniknęło. Teraz. Wyminął mnie. Tak po prostu. Bez słowa. Moja głowa nagle stała się ciężka. Łzy? Czułam je już pod zaciśniętymi powiekami. Mogłam oszukiwać innych, którzy mi nie wierzyli. Mogłam kłamać świadomość. Ale nie uczucia. One miały swoje własne gniazdo w moim ciele i patrzyły jak ból płata mi figle. Jak dotyka jej dłoni. Jak całuje w policzek. Sparaliżowana patrzyłam na to, ale nie przejmowałam się tym. Byłam jak duch. Niewidzialna. Gdybym nie poczuła jak moje stopy nagle robią się mokre może nigdy bym się stamtąd nie ruszyła. Jak? Kawa zalała mi niskie sandałki. Nie ważna wartość materialna. A gdzie moja miłość? Dlaczego ona? Co ona ma w sobie czego nie posiada moja dusza? Czy to dlatego, że walczyłam dla niego? Że uważałam, że warto żyć by znów być przy nim? To coś złego? Odeszłam. Nie biegiem. Nie truchtem. Nie szybkim krokiem. Najwolniej jak się dało. By ból pozwolił mi zrozumieć. Jak wielki popełniłam błąd.
Spojrzałam w dal i spaliłam papierosa. Zgniotłam go o barierkę i wyrzuciłam na trawnik. Kto by się przejmował zielenią? Pokręciłam głową. Łamiesz własne zasady. Nie radzisz sobie już z niczym. Nawet ze sobą. Musiałam się zgodzić. Nie radziłam sobie już z niczym. Patrzyłam tylko na to wszystko jeszcze raz. Analiza każdego kroku, gestu. Zmiana wyrazu jego twarzy. Gdzie on wtedy patrzył. Gdzie były jego oczy? Czemu kiedy się uśmiechał widziałam jak intensywnie się we mnie wpatruje? Dlaczego kiedy podniósł wzrok na jego twarz wstąpił grymas? I czy tylko mi się zdawało, czy on jednak chciał coś wtedy powiedzieć? Coś mu nie pozwoliło. Ktoś. Wysoka, szczupła. Krągłe kształty. Blond włosy. Ładna. Nie przeciętna. Wyróżniająca się. Kochał takie. Wyrzuć to z głowy dziewczyno. On już nie jest taki. On jest już inny. On już nie jest twój. Ból. Tępota. A gdzie lekarstwo? Kilkanaście kilometrów stąd. Zamknięte na klucz o tej porze. Dwudziesta druga osiemnaście. Dziwna godzina. Ile tak stoję? Cztery godziny? Od czasu wydarzenia. Dziesięć sekund. Była to osiemnasta dwadzieścia. Prawie cztery godziny. Trzy papierosy i wiatr. Szepty liści i świergot. Co w tym kojącego? Brak muzyki. Za cicho by zagłuszyć to czego nie powinno być. Wróciłam do środka i zamknęłam balkon. Troszkę pachniało smogiem. I tak nikt już tu nie mieszka. Nie wiele osób w ogóle wiedziało, że ktoś tu mieszka. Byłam sama. Mogłam wszystko, a jednocześnie nic. Patrzono mi na ręce. Drętwota. Bawimy się w czary? Magia nie była dla mnie. Wiara. Chciałam uwierzyć, że dostanę kolejne dziesięć sekund. Ale czy wtedy to nie będzie już dwadzieścia? A wtedy jeszcze tylko tak cztery razy. Minuta. Kolejne szczęść. Mamy już dwie minuty. Czy wtedy poczułabym jego usta? Dzwonek do drzwi. Kto to mógł być o tej porze? Zeszłam na dół. Nie śpieszyłam się. Miałam nadzieje, że osoba odejdzie. Jednak dźwięk uparcie się roznosił po domu. Już, fuknęłam w myślach i otworzyłam. Ciemno. Niewiele można było dostrzec. Nie było tam nikogo. Tylko coś białego. Odcinało się od nocy. Kartka. Moje imię. Melisso. Otworzyłam, złożony papier.
Słowa nigdy nie były moją mocną stroną. Wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Ale to ty pozwoliłaś mi mówić. A gdy ty mówiłaś słuchałem. Pozwól mi zatem coś ci powiedzieć. Jednak to nie takie proste. Powiem ci gdy będziesz tego chciała. Byś nie czuła bólu. Przepraszam.
Pustka. To powinnam czuć? Radość? Ale z czego? Pokręciłam bezwiednie głową. Odszedł czy nadal tu jest? Czuwa?
-Czemu mam ci uwierzyć?- powiedziałam zrozpaczona. Nie uzyskałam odpowiedzi. Obłuda. To nic innego jak kłamstwo. Jak miałam mu ufać? A co by się stało gdybym jednak mu zaufała? Nie mogłam niczego stracić. Nie miałam nic. Chciałam by tu był.
-Przytul mnie.- szepnęłam i wróciłam do środka. Spać. Ostatnia myśl i zasnęłam.
[...]
Ból głowy podrażniał nerwy. Wszystko mnie bolało, a zapach był okropny. Pot zmieszany z dymem papierosowym. Odór rozlanej kofeiny. Dziesięć sekund. Zamknęłam ponownie oczy odtwarzając ten moment. Nic w tym życiu nie było łatwe. Wymacałam dłonią telefon. Nieustannie wibrował. Otworzyłam oczy i spojrzałam na wyświetlacz. Jego oczy. Pokręciłam głową. Joe, Miley, Joe. Jego usta. Ethan, Matt, Miley. Jego uśmiech. Nagranie do albumu. Wstałam szybko z łóżka i pobiegłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Umyłam starannie włosy i wyskoczyłam z kabiny. Owinięta ręcznikiem wróciłam do pokoju. Pukanie do drzwi. Jak można tak głośno pukać? Zbiegłam na dół. Zanim jednak otworzyłam drzwi. Cofnęłam dłoń. ...i przekręciłam zamek. Za drzwiami stał Justin i uśmiechał się łobuzersko. Porwał mnie w ramiona i złączył nasze usta w pocałunku pieszcząc moje wargi. Po chwili odsunęłam się od niego i uśmiechnęłam przepraszająco. Bolesne wspomnienie. Pokręciłam głową i dotknęłam klamki. Otworzyłam drzwi.
-Cześć Melissa.- spojrzałam na niego zdziwiona. Wpuściłam go do środka. Jego mina wyrażała zażenowanie. Spojrzałam na siebie i szybko pobiegłam na górę. Ubrałam się odpowiednio i jedynie z ręcznikiem na włosach wróciłam na dół.
-Cześć Taylor. Co cię tu sprowadza?- uśmiechnęłam się delikatnie.
-Chciałem chyba porozmawiać.- westchnął i zatarł ręce w geście nadania sobie odwagi.
-Jasne, ale o czym?- spojrzałam na niego niepewnie.
-Wiem, że jesteś z Justin'em szczęśliwa. Nie jestem zły. Chodzi oto, że...-zaciął się, a ja patrzyłam na niego szklanym wzrokiem. Jakbym obserwowała go prze grube szkło.-Wiem, że spałaś z nim tamtego dnia.- wyrzucił to z siebie, a mnie zatkało.
-Ale Tay?- nie dał mi do kończyć pytania, ale nie wiem co bym chciała nawet powiedzieć, a nawet jeśli już chciałam czy byłoby to pytanie.
-Nie Mel. To i tak nie ma znaczenia, prawda?- uśmiechnął się nieco.
-Chyba tak.- kiwnęłam sztywno głową.
-Cieszę się.- wstał, bo wcześniej zanim zeszłam usiadł, i ruszył w stronę drzwi.- Do zobaczenia.- pomachał mi i wyszedł. Zamurowało mnie. Nie rozumiałam. Czy na serio wszyscy nadal mieli nas za parę? Nikt nie zauważył jej? Tej dziewczyny, która przy nim teraz była? Głupota. Śpieszyło ci się, głosik w mojej głowie mnie ponaglił. Dziesięć sekund, niech sobie to tylko przypomnę.
[...]
Wybiegłam ze studia. Jak to się mogło stać? Co tym razem przeoczyłam w tym wszystkim. Dlaczego świat tak szybko się z mienił wciągu tych dwudziestu czterech tygodni? Nie mogłam już niczego pojąć. Jak mogli przyjąć Jeremiego? Prosiłam. Nie chciałam mieć z nim kontaktu. On jest najlepszy, i co z tego? Pokręciłam głową i wsiadła do auta. Odpaliłam silnik i wyjechałam z parkingu podziemnego. Ruszyłam w drogę powrotną. Na ulicach było całkiem spokojnie, ale to nie znaczy, że go odczuwałam. Emocje pędziły, każda w inną stronę. Może gdyby nie burza to bym się zatrzymała. Chociaż w tym w ogóle nie było mojej winy. Przecież nic by się nie stało. Gdybyś patrzyła, a nie się nad sobą użalała. W takiej sytuacji pozostaje mi już tylko płakać nad swoją niedolą. Co z tego, że są świadkowie. To się stało. I już tego nie zmienię. Dziesięć sekund by ktoś już nie żył. Nieszczęśliwy wypadek? Przeznaczenie? Przypadek? Czy los? Dziesięć sekund.
***
Nie jestem pewna tego co się właśnie stało. Ale to może być katalizatorem do ogromnych pomysłów. Cieszę się, że nie straciłam jeszcze weny. Ale wiem, że ostatnio rozdziały są takie nie składne. Przepraszam. Naprawię to <3
wtorek, 21 maja 2013
Chapter XXXIV - Miracle.
Świat mnie przerażał. Nie umiałam się umiejscowić. To wcale nie jest dziwne. Dziwne było to, że ufałam sama sobie. Unikałam imprez oraz dałam sobie czas na powrót. Oczywiście tryskałam nowymi pomysłami, a tysiące tekstów zapisanych na kartkach, czy serwetce w barze walało się po moim pokoju. Harmonia. Nie czułam się jakbym balansowała na wysoko zawieszonej linii wysokiego napięcia. Stałam na ziemi. Przynajmniej jedną stopą. Westchnięcie. Wstałam od biurka i zamknęłam notatnik. Dlaczego w mojej głowie było teraz tyle miejsca? Kiedyś go brakowało. Kiedyś nie mogłam tyle myśleć. Nagle ON był wszędzie. Na półce ze zdjęciami. We wspomnieniach z wakacji. W snach, które odwiedzały mnie co noc. A ja nie mogłam nad tym zapanować. Marzyłam jedynie by on w jakiś sposób znikł. Żebym nie słyszała jego imienia. Nie widziała jego postaci. Nie czytała jego nazwiska. To było nie możliwe. Musiałam więc się z tym pogodzić. Chociaż wcale tego nie chciałam. Czy ja w ogóle zdawałam sobie sprawę czego pragnę? Pewnie nie. Ruszyłam do okna i zauważyłam jak jakaś postać zmierza w kierunku mojego domu. Szybko pobiegłam do łazienki by rozczesać splątane włosy. Zmieniłam rozciągnięty t-shirt na obcisłą bokserkę. Chudniesz w oczach, znienawidzony głosik w mojej głowie mieszał mi w głowie. Uśmiechnęłam się do odbicia, ale wyszedł z tego raczej grymas. Pokręciłam z politowaniem głową i wróciłam do pokoju. Złapałam za telefon i w tym czasie w domu rozległ się dźwięk dzwonka. Zbiegłam na dół trzymając mocno poręczy by nie upaść. Wpadłam na drzwi, ale zaraz się odsunęłam i je otworzyłam. Wysoki brunet o brązowych włosach. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech. Kilku dniowy zarost dodawał mu uroku.
-Wpuścisz mnie czy mam tu tak stać?- Joe zaśmiał się, a ja odsunęłam się w tył i zamknęłam za nim drzwi.
-Boże, jak ja cię dawno nie widziałam.- wskoczyłam na niego, a on mnie do siebie przytulił. Mocno.
-Podzielam tę tęsknotę.- uśmiechnął się i postawił mnie na ziemi.- Czemu nie przyszłaś się przywitać?- zapytał mnie, posyłając mi karcące spojrzenie.
-Wiesz przyjechałam w nocy i jedyne o czym marzyłam to...- nie dał mi dokończyć.
-To ramiona Justina?- zaśmiał się, a ja odwróciłam wzrok. Nie dlatego, że czułam się speszona. Tylko dlatego, żeby nie zauważył mojego bólu.- Melissa?- podniósł mój podbródek, a ja posłałam mu nerwowy uśmiech.
-Nienawidzę go.- wzruszyłam ramionami i weszłam do salonu.
-Powiesz o co poszło?- spojrzał na mnie zdziwiony.
-Nie słyszałeś o Ashley Benson?- zdziwiona podniosłam na niego wzrok.
-Kto to kurwa jest?- zaśmiał się, ale zaraz umilkł.
-Przestań Joe. - pokręciłam głową i ruszyłam do kuchni włączając czajnik. Wyciągnęłam kubki i dwie różne kawy. Czarna i rozpuszczalna. Gorzka i nieco słodkawa. Ciężka i lekka. Przeciwieństwa. Prychnęłam cicho i poczułam dłoń na ramieniu.
-Przepraszam.- mruknął i zabrał rękę.- Będzie dobrze. Nie martw się. Masz mnie.- zaśmiał się smutno.
-Wiem, ale nie tego się spodziewałam.- odwróciłam się do niego.
-Tak wiem Mel, ale popatrz na to z innej perspektywy. Miałaś czas i on miał czas. Kochasz go?- spojrzał na mnie jakby to nie było takie oczywiste. A skoro nie było...
-Nie, Joe. Masz racje, miałam czas.- plugawe kłamstwo. Plułam sobie w brodę, ale tak powinno być. Oboje osobno. Nie ważne.
-Tak więc. Skoro wróciłaś, to co teraz?- uśmiechnął się zbaczając z tematu.
-Wracam do studia. Naprawię swoją muzykę.- zaśmiałam się gorzko.
-Czyli walczysz?- spojrzał na mnie znacząco.
-Oczywiście, ja się nigdy nie poddaję.- wywróciłam oczyma.
-To dobrze.- puścił mi oczko.
(01.07.)
"Wszystkie dni zdają się być takie same, gdy przestajemy zauważać dobre rzeczy, które nam się przytrafiają." Ja już dawno przestałam. Dlatego moje życie się rozsypało. Pokruszyło się, tak szybko, a nagle znowu było poskładane. Jakby ktoś nacisnął 'replay'. Film się cofnął. Klatka po klatce. Ból jeszcze nie nadszedł. Zdawałam sobie z tego sprawę. A może i minął? To nie miało znaczenia. Stałam w próżni. Białej, pustej, przestrzennej. Co miało być dalej? A czego miało nie być? Co się dzieje, a co wydarzyło? Wszystko mi się mieszało. Sny mieszały się wtedy z jawą. Ostatnie sześć miesięcy było życiem? A może wspomnieniem innego wcielenia? Minęło czy nadejdzie? Mieszanina uczuć. Jakby ktoś pomieszał kolorowe drinki i wyszedł jeden nie do wypicia, ale się założyłeś. Powiedziałeś, że dasz radę. A potem dostaniesz nagrodę. Jeden cud. Coś za coś. Ale to może ci się przydać. Walka.
MUZYKA !!
Tak więc powrót do studia. Czas odnaleźć siebie. Zaśmiałam się pod nosem i ubrałam w pierwsze lepsze ubrania. Przywróciłam się do porządku i ruszyłam do wyjścia. Zabrałam ze sobą jedynie gitarę i telefon. Wsiadłam do swojego auta i westchnęłam. Wspomnienia znowu nadchodziły pełną falą. Włączyłam radio i zagłuszyłam myśli. Tak tego było mi potrzeba.
Zasiadłam w studiu i odpaliłam przygotowaną melodię. Za dużo myśli w głowie. Uśmiechnęłam się i odżyłam. To to czego pragnęłam. To czego chciałam od życia. Zaburzenia przyjmować jako melodię nie jako cios. By oddech był symfonią życia. Nie jedynie oddechem. Oznaczał coś więcej niż walkę o lepszy dzień. By był dzisiaj, by był teraz dla niego. Łza spłynęła mi po policzku. Nie starłam jej. Nie chciałam zapomnieć. Chciałam się wyleczyć. I stwierdziłam, że to możliwe. Że dam sobie radę. Zaczęłam krążyć i śpiewać. Przecież o to chodziło. By to pochłonęło mnie niedorzecznie głęboko i mocno. Bym mogła zakochać się w melodii jak w przystojnym chłopaku. Jakby ona miała serce i oddech. Jakby żyła. Jakbym mogła z nią zatańczyć. Zasiadłam za pianinem, a moje palce same odnalazły dźwięki. Szyły z rytmem serca, a słowa same układały się w sensowne zwrotki. Małe potknięcia, duże przeskoki. To było nowe życie. Bez niego. Dla siebie. Ostatni trzeci żywot. Już nigdy więcej. Z wiatrem na skrzydłach i pod niebo.
***
Bez ład. Okropieństwo i nic dobrego, ale tak na razie jest. Tak się czuje. Pocięta. Powyginana. Nie umiem tego określić. Taki dzień? A może tak już będzie? Nie wiem, nie ważne. Ocena jak dla mnie kompromitująca. :c
-Wpuścisz mnie czy mam tu tak stać?- Joe zaśmiał się, a ja odsunęłam się w tył i zamknęłam za nim drzwi.
-Boże, jak ja cię dawno nie widziałam.- wskoczyłam na niego, a on mnie do siebie przytulił. Mocno.
-Podzielam tę tęsknotę.- uśmiechnął się i postawił mnie na ziemi.- Czemu nie przyszłaś się przywitać?- zapytał mnie, posyłając mi karcące spojrzenie.
-Wiesz przyjechałam w nocy i jedyne o czym marzyłam to...- nie dał mi dokończyć.
-To ramiona Justina?- zaśmiał się, a ja odwróciłam wzrok. Nie dlatego, że czułam się speszona. Tylko dlatego, żeby nie zauważył mojego bólu.- Melissa?- podniósł mój podbródek, a ja posłałam mu nerwowy uśmiech.
-Nienawidzę go.- wzruszyłam ramionami i weszłam do salonu.
-Powiesz o co poszło?- spojrzał na mnie zdziwiony.
-Nie słyszałeś o Ashley Benson?- zdziwiona podniosłam na niego wzrok.
-Kto to kurwa jest?- zaśmiał się, ale zaraz umilkł.
-Przestań Joe. - pokręciłam głową i ruszyłam do kuchni włączając czajnik. Wyciągnęłam kubki i dwie różne kawy. Czarna i rozpuszczalna. Gorzka i nieco słodkawa. Ciężka i lekka. Przeciwieństwa. Prychnęłam cicho i poczułam dłoń na ramieniu.
-Przepraszam.- mruknął i zabrał rękę.- Będzie dobrze. Nie martw się. Masz mnie.- zaśmiał się smutno.
-Wiem, ale nie tego się spodziewałam.- odwróciłam się do niego.
-Tak wiem Mel, ale popatrz na to z innej perspektywy. Miałaś czas i on miał czas. Kochasz go?- spojrzał na mnie jakby to nie było takie oczywiste. A skoro nie było...
-Nie, Joe. Masz racje, miałam czas.- plugawe kłamstwo. Plułam sobie w brodę, ale tak powinno być. Oboje osobno. Nie ważne.
-Tak więc. Skoro wróciłaś, to co teraz?- uśmiechnął się zbaczając z tematu.
-Wracam do studia. Naprawię swoją muzykę.- zaśmiałam się gorzko.
-Czyli walczysz?- spojrzał na mnie znacząco.
-Oczywiście, ja się nigdy nie poddaję.- wywróciłam oczyma.
-To dobrze.- puścił mi oczko.
(01.07.)
"Wszystkie dni zdają się być takie same, gdy przestajemy zauważać dobre rzeczy, które nam się przytrafiają." Ja już dawno przestałam. Dlatego moje życie się rozsypało. Pokruszyło się, tak szybko, a nagle znowu było poskładane. Jakby ktoś nacisnął 'replay'. Film się cofnął. Klatka po klatce. Ból jeszcze nie nadszedł. Zdawałam sobie z tego sprawę. A może i minął? To nie miało znaczenia. Stałam w próżni. Białej, pustej, przestrzennej. Co miało być dalej? A czego miało nie być? Co się dzieje, a co wydarzyło? Wszystko mi się mieszało. Sny mieszały się wtedy z jawą. Ostatnie sześć miesięcy było życiem? A może wspomnieniem innego wcielenia? Minęło czy nadejdzie? Mieszanina uczuć. Jakby ktoś pomieszał kolorowe drinki i wyszedł jeden nie do wypicia, ale się założyłeś. Powiedziałeś, że dasz radę. A potem dostaniesz nagrodę. Jeden cud. Coś za coś. Ale to może ci się przydać. Walka.
MUZYKA !!
Tak więc powrót do studia. Czas odnaleźć siebie. Zaśmiałam się pod nosem i ubrałam w pierwsze lepsze ubrania. Przywróciłam się do porządku i ruszyłam do wyjścia. Zabrałam ze sobą jedynie gitarę i telefon. Wsiadłam do swojego auta i westchnęłam. Wspomnienia znowu nadchodziły pełną falą. Włączyłam radio i zagłuszyłam myśli. Tak tego było mi potrzeba.
Zasiadłam w studiu i odpaliłam przygotowaną melodię. Za dużo myśli w głowie. Uśmiechnęłam się i odżyłam. To to czego pragnęłam. To czego chciałam od życia. Zaburzenia przyjmować jako melodię nie jako cios. By oddech był symfonią życia. Nie jedynie oddechem. Oznaczał coś więcej niż walkę o lepszy dzień. By był dzisiaj, by był teraz dla niego. Łza spłynęła mi po policzku. Nie starłam jej. Nie chciałam zapomnieć. Chciałam się wyleczyć. I stwierdziłam, że to możliwe. Że dam sobie radę. Zaczęłam krążyć i śpiewać. Przecież o to chodziło. By to pochłonęło mnie niedorzecznie głęboko i mocno. Bym mogła zakochać się w melodii jak w przystojnym chłopaku. Jakby ona miała serce i oddech. Jakby żyła. Jakbym mogła z nią zatańczyć. Zasiadłam za pianinem, a moje palce same odnalazły dźwięki. Szyły z rytmem serca, a słowa same układały się w sensowne zwrotki. Małe potknięcia, duże przeskoki. To było nowe życie. Bez niego. Dla siebie. Ostatni trzeci żywot. Już nigdy więcej. Z wiatrem na skrzydłach i pod niebo.
***
Bez ład. Okropieństwo i nic dobrego, ale tak na razie jest. Tak się czuje. Pocięta. Powyginana. Nie umiem tego określić. Taki dzień? A może tak już będzie? Nie wiem, nie ważne. Ocena jak dla mnie kompromitująca. :c
poniedziałek, 20 maja 2013
Chapter XXXIII - Three times a charm.
Wniósł walizki do mojego pokoju i postawił je koło szafy. Usiadł na fotelu i westchnął. Starałam się nie zwracać na niego uwagi i przyjrzeć się pomieszczeniu. Nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że on nie należy już do mnie. Czułam się nie pewnie i bałam czegokolwiek dotknąć by to nie rozsypało się w pył. Pokręciłam głową karcąc się w myślach. To wszystko należy do ciebie, szepnął głosik w mojej głowie. To dlaczego się boję?, zapytałam, ale odpowiedzi już nie uzyskałam. Z westchnieniem wyciągnęłam pierwszą rzecz z plecaka. Zdjęcie oprawione w białą ramkę. Patrzyłam na nie codziennie przez pół roku. Nagle miałam ochotę nim rzucić i ścianę, i spalić. Sprawić by tamte wcielenia nie istniały. Nie nadawały się, były do niczego w dodatku przegrały. Ale ja obiecałam sobie, że to już ostatni raz. Do trzech razy sztuka czyż nie? Uśmiechnęłam się lekko i położyłam ramkę na blacie, zdjęciem do dołu. Uważnie przyglądał się moim poczynaniom co widziałam kątem oka. Nadal nie wiedziałam czemu jest tu ze mną, ale nie zadawałam zbędnych pytań. Chociaż wszystko mnie nurtowało. Nie wiedziałam jak się zachować. Byłam pełna sprzeczności. Bałam się w końcu, że dostanę zawrotów głowy i z tego powodu usiadłam na łóżku. Nie mogłam znieść tego, że jest tak namacalnie blisko, ale między nami nie było już nic.
-Powiesz mi co tu robisz?- spojrzałam na niego ze złością w oczach, ale zaraz odwróciłam wzrok.
-Przywiozłem cię do domu.- wzruszył ramionami i chwycił zdjęcie. Skrzywił się na jego widok.
-Tak, ale może powinieneś już pójść?- gdybym miała odwagę, zabiłabym go wzrokiem.
-Melissa przestań.- machnął ręką i wstał z fotela.- Jest późno, jesteśmy zmęczeni, a ty zadajesz głupie pytania.- jak gdyby nigdy nic, wyciągnął z mojej szafy jakieś ubrania i mi je rzucił.- Proszę, masz czas na odświeżenie się i do łóżka.- rzucił. Wzruszyłam jedynie ramionami i nie chcąc zagłębiać się w szczegóły, zamknęłam się w łazience. Chciałam, żeby już sobie poszedł. Bym mogła płakać całą noc jak to robiłam przez ostatnie kilka tygodni. Nie chciałam jednak przyznać przed samą sobą, że chciałam by został. By już nigdy nie odchodził. Głupia, warknęłam pod nosem i weszłam pod prysznic. Ciepła woda przyniosła ukojenie zbolałym po podróży mięśniom. Z lekkim uśmiechem wsmarowywałam w siebie, żel i w końcu poczułam się jak w domu. Czego mi tak brakowało? Zapachu żelu pod prysznic? A może przynależności, codziennej rutyny. On był tylko produktem w tej całej reakcji. Po nie długim czasie wyszłam z łazienki wiążąc włosy w koński ogon. Przejechałam po nich palcami i ze zdziwieniem zauważyłam Justina w moim łóżku. Zaraz Justin Bieber w moim łóżku?! To może nie była nowość, a może i jednak. Tak czy siak, miał się wynosić, a on sobie leżał na mojej poduszce i się uśmiechał. Kurwa, ja też się uśmiechałam do niego.
-Co ty wyprawiasz?- ocknęłam się w końcu.
-Mel, daj spokój jest późno.- mruknął w odpowiedzi, a z jego uśmiech zrzednął.
-Ale wiesz gdzie jest pokój gościnny.- rzuciłam, nawet się nad tym nie zastanawiając.
-Chcesz spać sama?- spojrzał na mnie badawczo. Kiedy nie uzyskał odpowiedzi uznał, że nie.- To się kładź.- z ociąganiem położyłam się na skraju łóżka, bojąc się dotknąć go choćby stopą.- Przestań się wydurniać.- pozwalając sobie, przyciągnął mnie do siebie i objął ramieniem. Moja głowa spoczęła na jego torsie, a on widocznie był tym ucieszony. Zgasił lampkę, która stała obok mojego łóżka i pocałował mnie w skroń.
-Dobranoc, maleńka.- świat na chwilę zawirował mi przed oczyma. To słowo budziło wszystkie wspomnienia, które tak skrzętnie starałam się upchać. Zaciągnąć za nimi ciężkie zasłony.
-Dobranoc.- jęknęłam i zamknęłam oczy. Jednak mimo zmęczenia upragnione objęcia morfeusza nie nadchodziły.
Rano obudziło mnie jakieś poruszenie, ale moje powieki jakby sklejone nie chciały się otworzyć. Tak więc po omacku próbowałam zlokalizować źródło. Moja dłoń przesuwała się po czymś twardym i wyrzeźbionym. Z dotyku pięknym. Nie mogłam jednak zinterpretować co to. Dopóki do moich uszu nie dotarł cichy śmiech. Wzdrygnęłam się i odskoczyłam do tyłu lądując prawie na ziemi. W pasie objęły mnie silne ramiona i po chwili leżałam z głową na jego torsie. Głaskał mnie po włosach, a ja z westchnieniem poddawałam się jego gestowi. Jego urok działał na mnie jak magnes, a to nie wróżyło niczego dobrego. Po chwili oderwałam się od niego, co przyjął pomrukiem niezadowolenia. Odwróciłam się do niego plecami i ponownie zamknęłam oczy. Chciałam zasnąć zanim stąd wyjdzie, zanim ból rozszarpie moje serce niczym drapieżnik, który wgryza się w swoją ofiarę. Zatapia w niej zęby i czuje narastające podniecenie z rozlewu krwi. Nie to chciałam przechodzić. Jednak on nie wyglądał na takiego co chciałby odejść. Tym razem już mnie nie obracając przyciągnął objął dłonią w pasie i położył głowę na poduszce, muskając nosem moją szyję. Po ciele przeszedł mi przyjemny dreszcz. Dawno nie czułam pożądania, wzajemnego przyciągania się do siebie. Ale czułam, że muszę zapuszkować to uczucie i to jak najszybciej. On jednak nie przyjmując niczego do wiadomości, całował moją szyję, mój bark, czasem przygryzając płatek ucha. Leżałam niczym sparaliżowana nie wiedząc jak zareagować. Rozum mówił, a raczej krzyczał: Odepchnij go!, a serce błagało o więcej. Wojna, którą toczyłam w myślach była niczym, w porównaniu do tego co działo się miedzy nami. Naparł na moje ramiona zmuszając bym położyła się na wznak i wpił się w moje usta. Moim ciałem zapanowała dzika rządza, ale próbowałam to stłumić. Nie skutecznie. Jednak nie pozwoliłam by długo to trwało. Odepchnęłam go od siebie resztkami silnej woli i zakryłam po uszy kołdrą. Nie zamierzałam opuszczać własnego łóżka, bo chłopak obok właśnie mnie pocałował. Co to, to nie!, pomyślałam i odliczając od dziesięciu w tył próbowałam uspokoić zmysły i oddech. Szło mi fatalnie.
-Melissa...- zaczął błagalnie, ale zrezygnował nie wiedząc chyba co powiedzieć.
-Idź już.- wyjąkałam z bezpiecznego miejsca, zagryzając wargi by nie dać ujściu łzą.
-Ale..- westchnął, jednak dalej nie ruszył.
-Nie. Idź sobie.- rzuciłam nieco odważniej i wtuliłam w miękką pościel. Czułam jak jego ciało się podnosi, a materac ustępuje i się wybrzusza. Słyszałam jak mruczy coś pod nosem, ale nie mogłam zrozumieć co. Było to takie nie wyraźne i przypominało szloch. Spuściłam nieco kołdrę chcąc zobaczyć co się dzieje. Wkładał właśnie spodnie i zapinał zamek. Spuścił je nieco na dół i rozglądnął się w poszukiwaniu koszulki. Wtedy dostrzegł mnie. Jego oczy były wyraźnie smutne i przygnębione. Nie odezwał się już ani słowem. Kiedy zlokalizował zgubę, włożył ją na siebie. Do kieszeni schował portfel, klucze i telefon. Przewiesił sobie kurtkę przez ramię i ruszył w kierunku drzwi. Ostatnie co zrobił to schował dłoń do tylnej kieszeni. Zawstydził się. Justinowi było wstyd tego pocałunku. A może tego, że został? Nie chciałam wiedzieć. Moim ciałem wstrząsnął płacz. Złapałam szybko misia i tuliłam go do siebie. W końcu on miał mi przypominać jego miłość. To już wiedziałam czemu jego miłość do mnie przestała istnieć. Przelał ją na misia, który miał jego niespokojne czekoladowe oczy, a może ja powariowałam do reszty?! Rzuciłam miśkiem o ścianę i usłyszałam cichy brzdęk. A potem cisza. Łzy. Cisza. Łzy. Cisza. Raniła moje uszy, a ja chciałam zabić wszystko co mnie otaczało. Zabić samą siebie i wspomnienia. By to tak cholernie nie bolało. By on tak cholernie nie trzymał się moich myśli. I ten zapach. Niszczył moje zmysły.
Kilka godzin później obudziłam się zmęczona, przepocona i zagubiona. Podniosłam się z łóżka i z trudem utrzymując równowagę stanęłam o własnych nogach. Rozglądnęłam się i otworzyłam okno. Zapomniałam jak pięknie o tej porze roku wygląda to miasto. Pokręciłam głową i postanowiłam działać jak na człowieka przystało. Pościeliłam łóżko, wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół. Wszędzie było głucho i pusto. Zerknęłam do lodówki gdzie było pusto i westchnęłam. Moja siostra zniknęła, a ja zostałam całkowicie sama. Zrozpaczona przygotowałam się do wyjścia i w myślach układałam listę. Listę, która miała mi ułatwić życie. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam spod domu do centrum. Zrobiłam szybkie zakupy i zatrzymałam się na kawę tam gdzie zawsze.
Ostatnio nic nie miało większego sensu. Zmarnowałam sobie życie i karierę. Co komu po dziewczynie z przeszłością, która psuje słodki wdzięk. Pokręciłam głową i zastanawiałam się jak wydostać się z tego życia. To jednak było nie możliwe. Z westchnieniem wstałam od stolika i ruszyłam do wyjścia. Od dziś wszystko miało być już dla mnie obojętne. Zostało mi ostatnie życie. Nie chciałam już więcej zaczynać od początku.
-Powiesz mi co tu robisz?- spojrzałam na niego ze złością w oczach, ale zaraz odwróciłam wzrok.
-Przywiozłem cię do domu.- wzruszył ramionami i chwycił zdjęcie. Skrzywił się na jego widok.
-Tak, ale może powinieneś już pójść?- gdybym miała odwagę, zabiłabym go wzrokiem.
-Melissa przestań.- machnął ręką i wstał z fotela.- Jest późno, jesteśmy zmęczeni, a ty zadajesz głupie pytania.- jak gdyby nigdy nic, wyciągnął z mojej szafy jakieś ubrania i mi je rzucił.- Proszę, masz czas na odświeżenie się i do łóżka.- rzucił. Wzruszyłam jedynie ramionami i nie chcąc zagłębiać się w szczegóły, zamknęłam się w łazience. Chciałam, żeby już sobie poszedł. Bym mogła płakać całą noc jak to robiłam przez ostatnie kilka tygodni. Nie chciałam jednak przyznać przed samą sobą, że chciałam by został. By już nigdy nie odchodził. Głupia, warknęłam pod nosem i weszłam pod prysznic. Ciepła woda przyniosła ukojenie zbolałym po podróży mięśniom. Z lekkim uśmiechem wsmarowywałam w siebie, żel i w końcu poczułam się jak w domu. Czego mi tak brakowało? Zapachu żelu pod prysznic? A może przynależności, codziennej rutyny. On był tylko produktem w tej całej reakcji. Po nie długim czasie wyszłam z łazienki wiążąc włosy w koński ogon. Przejechałam po nich palcami i ze zdziwieniem zauważyłam Justina w moim łóżku. Zaraz Justin Bieber w moim łóżku?! To może nie była nowość, a może i jednak. Tak czy siak, miał się wynosić, a on sobie leżał na mojej poduszce i się uśmiechał. Kurwa, ja też się uśmiechałam do niego.
-Co ty wyprawiasz?- ocknęłam się w końcu.
-Mel, daj spokój jest późno.- mruknął w odpowiedzi, a z jego uśmiech zrzednął.
-Ale wiesz gdzie jest pokój gościnny.- rzuciłam, nawet się nad tym nie zastanawiając.
-Chcesz spać sama?- spojrzał na mnie badawczo. Kiedy nie uzyskał odpowiedzi uznał, że nie.- To się kładź.- z ociąganiem położyłam się na skraju łóżka, bojąc się dotknąć go choćby stopą.- Przestań się wydurniać.- pozwalając sobie, przyciągnął mnie do siebie i objął ramieniem. Moja głowa spoczęła na jego torsie, a on widocznie był tym ucieszony. Zgasił lampkę, która stała obok mojego łóżka i pocałował mnie w skroń.
-Dobranoc, maleńka.- świat na chwilę zawirował mi przed oczyma. To słowo budziło wszystkie wspomnienia, które tak skrzętnie starałam się upchać. Zaciągnąć za nimi ciężkie zasłony.
-Dobranoc.- jęknęłam i zamknęłam oczy. Jednak mimo zmęczenia upragnione objęcia morfeusza nie nadchodziły.
Rano obudziło mnie jakieś poruszenie, ale moje powieki jakby sklejone nie chciały się otworzyć. Tak więc po omacku próbowałam zlokalizować źródło. Moja dłoń przesuwała się po czymś twardym i wyrzeźbionym. Z dotyku pięknym. Nie mogłam jednak zinterpretować co to. Dopóki do moich uszu nie dotarł cichy śmiech. Wzdrygnęłam się i odskoczyłam do tyłu lądując prawie na ziemi. W pasie objęły mnie silne ramiona i po chwili leżałam z głową na jego torsie. Głaskał mnie po włosach, a ja z westchnieniem poddawałam się jego gestowi. Jego urok działał na mnie jak magnes, a to nie wróżyło niczego dobrego. Po chwili oderwałam się od niego, co przyjął pomrukiem niezadowolenia. Odwróciłam się do niego plecami i ponownie zamknęłam oczy. Chciałam zasnąć zanim stąd wyjdzie, zanim ból rozszarpie moje serce niczym drapieżnik, który wgryza się w swoją ofiarę. Zatapia w niej zęby i czuje narastające podniecenie z rozlewu krwi. Nie to chciałam przechodzić. Jednak on nie wyglądał na takiego co chciałby odejść. Tym razem już mnie nie obracając przyciągnął objął dłonią w pasie i położył głowę na poduszce, muskając nosem moją szyję. Po ciele przeszedł mi przyjemny dreszcz. Dawno nie czułam pożądania, wzajemnego przyciągania się do siebie. Ale czułam, że muszę zapuszkować to uczucie i to jak najszybciej. On jednak nie przyjmując niczego do wiadomości, całował moją szyję, mój bark, czasem przygryzając płatek ucha. Leżałam niczym sparaliżowana nie wiedząc jak zareagować. Rozum mówił, a raczej krzyczał: Odepchnij go!, a serce błagało o więcej. Wojna, którą toczyłam w myślach była niczym, w porównaniu do tego co działo się miedzy nami. Naparł na moje ramiona zmuszając bym położyła się na wznak i wpił się w moje usta. Moim ciałem zapanowała dzika rządza, ale próbowałam to stłumić. Nie skutecznie. Jednak nie pozwoliłam by długo to trwało. Odepchnęłam go od siebie resztkami silnej woli i zakryłam po uszy kołdrą. Nie zamierzałam opuszczać własnego łóżka, bo chłopak obok właśnie mnie pocałował. Co to, to nie!, pomyślałam i odliczając od dziesięciu w tył próbowałam uspokoić zmysły i oddech. Szło mi fatalnie.
-Melissa...- zaczął błagalnie, ale zrezygnował nie wiedząc chyba co powiedzieć.
-Idź już.- wyjąkałam z bezpiecznego miejsca, zagryzając wargi by nie dać ujściu łzą.
-Ale..- westchnął, jednak dalej nie ruszył.
-Nie. Idź sobie.- rzuciłam nieco odważniej i wtuliłam w miękką pościel. Czułam jak jego ciało się podnosi, a materac ustępuje i się wybrzusza. Słyszałam jak mruczy coś pod nosem, ale nie mogłam zrozumieć co. Było to takie nie wyraźne i przypominało szloch. Spuściłam nieco kołdrę chcąc zobaczyć co się dzieje. Wkładał właśnie spodnie i zapinał zamek. Spuścił je nieco na dół i rozglądnął się w poszukiwaniu koszulki. Wtedy dostrzegł mnie. Jego oczy były wyraźnie smutne i przygnębione. Nie odezwał się już ani słowem. Kiedy zlokalizował zgubę, włożył ją na siebie. Do kieszeni schował portfel, klucze i telefon. Przewiesił sobie kurtkę przez ramię i ruszył w kierunku drzwi. Ostatnie co zrobił to schował dłoń do tylnej kieszeni. Zawstydził się. Justinowi było wstyd tego pocałunku. A może tego, że został? Nie chciałam wiedzieć. Moim ciałem wstrząsnął płacz. Złapałam szybko misia i tuliłam go do siebie. W końcu on miał mi przypominać jego miłość. To już wiedziałam czemu jego miłość do mnie przestała istnieć. Przelał ją na misia, który miał jego niespokojne czekoladowe oczy, a może ja powariowałam do reszty?! Rzuciłam miśkiem o ścianę i usłyszałam cichy brzdęk. A potem cisza. Łzy. Cisza. Łzy. Cisza. Raniła moje uszy, a ja chciałam zabić wszystko co mnie otaczało. Zabić samą siebie i wspomnienia. By to tak cholernie nie bolało. By on tak cholernie nie trzymał się moich myśli. I ten zapach. Niszczył moje zmysły.
Kilka godzin później obudziłam się zmęczona, przepocona i zagubiona. Podniosłam się z łóżka i z trudem utrzymując równowagę stanęłam o własnych nogach. Rozglądnęłam się i otworzyłam okno. Zapomniałam jak pięknie o tej porze roku wygląda to miasto. Pokręciłam głową i postanowiłam działać jak na człowieka przystało. Pościeliłam łóżko, wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół. Wszędzie było głucho i pusto. Zerknęłam do lodówki gdzie było pusto i westchnęłam. Moja siostra zniknęła, a ja zostałam całkowicie sama. Zrozpaczona przygotowałam się do wyjścia i w myślach układałam listę. Listę, która miała mi ułatwić życie. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam spod domu do centrum. Zrobiłam szybkie zakupy i zatrzymałam się na kawę tam gdzie zawsze.
Ostatnio nic nie miało większego sensu. Zmarnowałam sobie życie i karierę. Co komu po dziewczynie z przeszłością, która psuje słodki wdzięk. Pokręciłam głową i zastanawiałam się jak wydostać się z tego życia. To jednak było nie możliwe. Z westchnieniem wstałam od stolika i ruszyłam do wyjścia. Od dziś wszystko miało być już dla mnie obojętne. Zostało mi ostatnie życie. Nie chciałam już więcej zaczynać od początku.
niedziela, 19 maja 2013
Chapter XXXII - Everybody lies.
Sześć miesięcy później
Czekałam na ten dzień od moich dziewiętnastych urodzin. Siedziałam na łóżku i po raz ostatni spoglądałam na widok za oknem. Pogoda była piękna. Drzewo, które stało zaraz koło budynku rozkwitło pięknymi kwiatami. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odblokowałam telefon by sprawdzić godzinę. Było za dziesięć druga. Westchnęłam. Byłam zapewniona, że ktoś mnie odbierze, ale nie miałam stuprocentowej pewności, że ktoś się pojawi. Wstałam więc z posłania i rzuciłam okiem na już nie mój pokój. Ściany w wesołym pomarańczowo żółtym odcieniu i jasno drewniane meble. Na jednej ze ścian wisiała korkowa tablica. Nie był za duży, ale w sam raz. Uśmiechnęłam się do siebie i westchnęłam. W końcu wygrałam i byłam zdrowa. Czułam się rześka i w końcu mogłam normalnie spoglądać w lustro. Byłam zadowolona, ale nie byłam szczęśliwa. Może zostałam zamknięta w ośrodku odwykowym, ale informacje docierały nawet tu. ON był już szczęśliwy w ramionach innej. Mnie obrzucano błotem, a ON miał ją. Długonogą blondynkę z wielkim uśmiechem. Ashley. Pomyślałam i wypuściłam powietrze z płuc. Bolało. Kiedy się żegnaliśmy powiedział, że będzie mnie wspierać i kochać. Że będzie dzwonić i pisać. I tak było przez pierwsze dwa tygodnie. Potem coraz rzadziej się odzywał, aż wcale. Nie oskarżałam go. Przecież popełniłam tyle błędów. A on miał pracę. Trasy, album do nagrania. A jednak miał dla niej czas. Wyciągnęłam rączkę z walizki, zarzuciłam plecak na plecy i wzięłam do rąk misia. Pamiętam jak znalazłam go na łóżku w dniu wyjazdu. Obok niego leżała karteczka, a tam starannie napisane, że będzie zawsze przy mnie gdy on nie będzie mógł. Żałosne kłamstwo. Ale przytulanka była urocza. Wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz. Taszcząc ze sobą bagaż zeszłam na dół i uśmiechnęłam się do pani w sekretariacie. Kiedy pochwyciła mój uśmiech wyszła z pomieszczenia uściskała mnie mocno. Mimo wszystko zbliżyłam się do personelu ośrodka.
-Oj Melissa, nie wierze, że już wyjeżdżasz.- powiedziała, ocierając cisnące się do oczu łzy.
-Pani Rose, to chyba normalne.- uśmiechnęłam się pocieszająco.
-Ale jako jedyna czyniłaś tę pracę choć trochę przyjemniejszą niż w rzeczywistości jest.- zaśmiała się, chcąc ukryć swój smutek.
-Dziękuję, ale bez pani i wszystkich, którzy mnie wspierali nie wiem czy dałabym radę.- wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Będziemy tęsknić.- uściskała mnie i uciekła do siebie nie chcąc się rozpłakać.
Pokręciłam głową i ustawiłam wszystko pod ścianą. Usiadłam na plastikowym krzesełku i oparłam się głową o ścianę. Nie wiem jak długo tak siedziałam, ale dopiero trącenie w ramię przywróciło mnie na ziemię. Otworzyłam oczy i od razu przeniosłam wzrok na swoje stopy. Nie spodziewałam się, że to właśnie on pojawi się by mnie z powrotem zabrać do domu.
-Meliss, chodźmy.- rzucił i już ruszył w stronę wyjścia. Podniosłam się z krzesełka i zabrałam wszystko co stało koło mnie. Nie było to wcale lekkie, ale pozbyłam się grymasu z twarzy i uparcie szłam dalej. On jakby nagle się zreflektował i odebrał ode mnie walizkę nie dając dojść do słowa. Machnął jedynie ręką. Kiedy znaleźliśmy się przy jego aucie, wrzucił walizkę do bagażnika i otworzył przede mną drzwi. Wsiadłam do środka, a on zatrzasnął za mną drzwi. Po chwili siedział już ze mną i odjeżdżał z parkingu.
-A więc?- odezwał się nie pewnie i spojrzał na mnie kątem oka.
-Nie sądziłam, że cię tu zobaczę.- mruknęłam jedynie zsuwając ze stóp trampki i objęłam nogi ramionami, umiejscawiając głowę na kolanach.
-Mówiłem, że przyjadę.- powiedział cicho zatrzymując się na światłach.
-To było pół roku temu.- mój ton był nie przyjemnie oschły.
-A to coś zmienia?- zapytał zdziwiony skręcając na wylotówkę.
-Ty mi powiedz.- wzruszyłam ramionami i odwróciłam wzrok w stronę okna.
-O co ci chodzi?- widać było po jego minie, że jest zirytowany.
-Wiesz o tym lepiej ode mnie.- mruknęłam i podciągnęłam rękawy bluzy do góry.
-Nie rozumiem cię.- pokręcił głową i wjechał na autostradę.
-Wszystko się zmieniło.- odparłam i oparłam głowę o szybę udając, że zasnęłam.
[...] MUZYKA (nie mogłam się powstrzymać tak pięknie pasuje)
Zatrzymaliśmy się w przydrożnym MacDonaldzie i usiedliśmy pod oknem. Założył na głowę kaptur i okulary. Ja się tym nie przejmowałam, bo moja nie obecność w świecie show-biznesu sprawiła, że nikt się nie ciekawił co u mnie.
-Powiesz mi dlaczego taka jesteś?- odezwał się pierwszy przygryzając frytkę.
-Jestem normalna.- odparłam i zamoczyłam swoją w shake'u truskawkowym. Skrzywił się.
-Jak można to jeść?- odparł zdziwiony, a ja jedynie wzruszyłam ramionami.
-Normalnie.- odparłam i widziałam grymas na jego twarzy.- No co?
-Przestań udawać.- mruknął popijając colę.
-Ale ja nie udaje.- stwierdziłam spoglądając jak mała dziewczynka wybiera zabawkę do happy meal'a.
-To kim jesteś?- spojrzał na mnie, a ja wzruszyłam ramionami.
-Nie mam pojęcia.- szepnęłam, błądząc wzrokiem po jego twarzy.
-Czemu mi nie ufasz?- spytał po dłuższej chwili milczenia, ale wcale na mnie nie patrzył.
-Bo mnie okłamałeś.- skwitowałam bębniąc palcami o blat.
-Nigdy bym..-nie pozwoliłam mu jednak dokończyć.
-Benson.- warknęłam i wybiegłam z baru. Na dworze potwornie padało, co oznaczało u nas porządny deszcz, a może i nawet tornada. Jednak zamiast skierować się jak człowiek rozsądny do samochodu uciekłam w stronę lasu. Błądziłam blisko wyjścia. Nie chciałam się zgubić, chciałam płakać i krzyczeć. Powiedzieć światu to co ciążyło we mnie blisko sześć miesięcy. To czego nikt do tej pory nie usłyszał. To co bolało najbardziej. Utraciłam wiarygodność, ale wszyscy kłamali. Nic nie będzie takie jak kiedyś. To widziałam już wtedy, ale nie sądziłam, że ludzie też się zmienią. Wcale nie na lepsze.
[...]
"if you be my boat
I'll be your sea
a depth of pure blue just to probe curiosity
ebbing and flowing and pushed by a breeze
I live to make you free
I live to make you free"
Podgłośniłam radio i oparłam głowę o szybę. Od momentu kiedy znalazł mnie w lesie zapłakaną nie powiedział, ani słowa. Krople deszczu odbijały się od samochodu, zalewając go jakby łzami. Z daleka widać było pioruny i słychać, grzmoty. Czułam się bardziej samotna niż w ośrodku. Wszystko od środka mnie rozrywało. To nieprzemożone uczucie było nie do zwalczenia. Łzy same się cisnęły pod powieki, a ja nie miałam wystarczającej ilości silnej woli by je powstrzymać. Ścierałam je jedynie z powierzchni twarzy marząc by to się skończyło. By znów być blisko tego szczęścia, które utraciłam. Ale to było nie możliwe. Wszystko przestało mieć znaczenie. Nawet miłość do niego. Przecież dla niego nawet nie istniała. Zagryzłam wargi z bezsilności.
-Przestań.- rzucił, i przerzucił biegi by przyśpieszyć.
-Nie kazałam ci po mnie przyjeżdżać.- warknęłam.
-Ale skoro to zrobiłem to może byś się ogarnęła?- spojrzał na mnie. Jego twarz wykrzywiała złość, ale oczy...one nadal były łagodne. Jakby się bał. Bał o mnie. Pokręciłam zdezorientowana głową.
-To wszystko przez ciebie.- otarłam łzy i zacisnęłam dłonie w pieści.
-Ubzdurałaś sobie.- jego obojętność mnie irytowała.
-Nie wiem co ty sobie myślałeś.- rzuciłam przez zaciśnięte zęby.
-Raczej to ja nie wiem.- zaśmiał się złośliwie, a wtedy zdałam sobie sprawę jaki ON naprawdę jest.
-Jesteś świnią Justin.-rozpłakałam się i tuliłam do misia, który był od Biebera.

~
To dla jej dobra. Powtarzałem sobie w myślach widząc jak płacze, miałem ochotę tulić ją do siebie. Czy zasługiwała na to wszystko ode mnie? Oczywiście, że nie. Ale bałem się, że przeze mnie znowu zacznie brać. Nie powiedziała nic co by wskazywało na to, że to nie moja wina. Czułem się jeszcze bardziej obciążony tym wszystkim. Ale to dla niej. Z miłości do niej. By była w końcu szczęśliwa.

***
Część druga już powoli staje się rzeczywista. Nie piszę nic z wyprzedzeniem, a na bieżąco. To co się dzieje jest dla nich trudne, ale może dadzą sobie radę czyż nie?
Czekałam na ten dzień od moich dziewiętnastych urodzin. Siedziałam na łóżku i po raz ostatni spoglądałam na widok za oknem. Pogoda była piękna. Drzewo, które stało zaraz koło budynku rozkwitło pięknymi kwiatami. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odblokowałam telefon by sprawdzić godzinę. Było za dziesięć druga. Westchnęłam. Byłam zapewniona, że ktoś mnie odbierze, ale nie miałam stuprocentowej pewności, że ktoś się pojawi. Wstałam więc z posłania i rzuciłam okiem na już nie mój pokój. Ściany w wesołym pomarańczowo żółtym odcieniu i jasno drewniane meble. Na jednej ze ścian wisiała korkowa tablica. Nie był za duży, ale w sam raz. Uśmiechnęłam się do siebie i westchnęłam. W końcu wygrałam i byłam zdrowa. Czułam się rześka i w końcu mogłam normalnie spoglądać w lustro. Byłam zadowolona, ale nie byłam szczęśliwa. Może zostałam zamknięta w ośrodku odwykowym, ale informacje docierały nawet tu. ON był już szczęśliwy w ramionach innej. Mnie obrzucano błotem, a ON miał ją. Długonogą blondynkę z wielkim uśmiechem. Ashley. Pomyślałam i wypuściłam powietrze z płuc. Bolało. Kiedy się żegnaliśmy powiedział, że będzie mnie wspierać i kochać. Że będzie dzwonić i pisać. I tak było przez pierwsze dwa tygodnie. Potem coraz rzadziej się odzywał, aż wcale. Nie oskarżałam go. Przecież popełniłam tyle błędów. A on miał pracę. Trasy, album do nagrania. A jednak miał dla niej czas. Wyciągnęłam rączkę z walizki, zarzuciłam plecak na plecy i wzięłam do rąk misia. Pamiętam jak znalazłam go na łóżku w dniu wyjazdu. Obok niego leżała karteczka, a tam starannie napisane, że będzie zawsze przy mnie gdy on nie będzie mógł. Żałosne kłamstwo. Ale przytulanka była urocza. Wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz. Taszcząc ze sobą bagaż zeszłam na dół i uśmiechnęłam się do pani w sekretariacie. Kiedy pochwyciła mój uśmiech wyszła z pomieszczenia uściskała mnie mocno. Mimo wszystko zbliżyłam się do personelu ośrodka.
-Oj Melissa, nie wierze, że już wyjeżdżasz.- powiedziała, ocierając cisnące się do oczu łzy.
-Pani Rose, to chyba normalne.- uśmiechnęłam się pocieszająco.
-Ale jako jedyna czyniłaś tę pracę choć trochę przyjemniejszą niż w rzeczywistości jest.- zaśmiała się, chcąc ukryć swój smutek.
-Dziękuję, ale bez pani i wszystkich, którzy mnie wspierali nie wiem czy dałabym radę.- wzruszyłam bezradnie ramionami.
-Będziemy tęsknić.- uściskała mnie i uciekła do siebie nie chcąc się rozpłakać.
Pokręciłam głową i ustawiłam wszystko pod ścianą. Usiadłam na plastikowym krzesełku i oparłam się głową o ścianę. Nie wiem jak długo tak siedziałam, ale dopiero trącenie w ramię przywróciło mnie na ziemię. Otworzyłam oczy i od razu przeniosłam wzrok na swoje stopy. Nie spodziewałam się, że to właśnie on pojawi się by mnie z powrotem zabrać do domu.
-Meliss, chodźmy.- rzucił i już ruszył w stronę wyjścia. Podniosłam się z krzesełka i zabrałam wszystko co stało koło mnie. Nie było to wcale lekkie, ale pozbyłam się grymasu z twarzy i uparcie szłam dalej. On jakby nagle się zreflektował i odebrał ode mnie walizkę nie dając dojść do słowa. Machnął jedynie ręką. Kiedy znaleźliśmy się przy jego aucie, wrzucił walizkę do bagażnika i otworzył przede mną drzwi. Wsiadłam do środka, a on zatrzasnął za mną drzwi. Po chwili siedział już ze mną i odjeżdżał z parkingu.
-A więc?- odezwał się nie pewnie i spojrzał na mnie kątem oka.
-Nie sądziłam, że cię tu zobaczę.- mruknęłam jedynie zsuwając ze stóp trampki i objęłam nogi ramionami, umiejscawiając głowę na kolanach.
-Mówiłem, że przyjadę.- powiedział cicho zatrzymując się na światłach.
-To było pół roku temu.- mój ton był nie przyjemnie oschły.
-A to coś zmienia?- zapytał zdziwiony skręcając na wylotówkę.
-Ty mi powiedz.- wzruszyłam ramionami i odwróciłam wzrok w stronę okna.
-O co ci chodzi?- widać było po jego minie, że jest zirytowany.
-Wiesz o tym lepiej ode mnie.- mruknęłam i podciągnęłam rękawy bluzy do góry.
-Nie rozumiem cię.- pokręcił głową i wjechał na autostradę.
-Wszystko się zmieniło.- odparłam i oparłam głowę o szybę udając, że zasnęłam.
[...] MUZYKA (nie mogłam się powstrzymać tak pięknie pasuje)
Zatrzymaliśmy się w przydrożnym MacDonaldzie i usiedliśmy pod oknem. Założył na głowę kaptur i okulary. Ja się tym nie przejmowałam, bo moja nie obecność w świecie show-biznesu sprawiła, że nikt się nie ciekawił co u mnie.
-Powiesz mi dlaczego taka jesteś?- odezwał się pierwszy przygryzając frytkę.
-Jestem normalna.- odparłam i zamoczyłam swoją w shake'u truskawkowym. Skrzywił się.
-Jak można to jeść?- odparł zdziwiony, a ja jedynie wzruszyłam ramionami.
-Normalnie.- odparłam i widziałam grymas na jego twarzy.- No co?
-Przestań udawać.- mruknął popijając colę.
-Ale ja nie udaje.- stwierdziłam spoglądając jak mała dziewczynka wybiera zabawkę do happy meal'a.
-To kim jesteś?- spojrzał na mnie, a ja wzruszyłam ramionami.
-Nie mam pojęcia.- szepnęłam, błądząc wzrokiem po jego twarzy.
-Czemu mi nie ufasz?- spytał po dłuższej chwili milczenia, ale wcale na mnie nie patrzył.
-Bo mnie okłamałeś.- skwitowałam bębniąc palcami o blat.
-Nigdy bym..-nie pozwoliłam mu jednak dokończyć.
-Benson.- warknęłam i wybiegłam z baru. Na dworze potwornie padało, co oznaczało u nas porządny deszcz, a może i nawet tornada. Jednak zamiast skierować się jak człowiek rozsądny do samochodu uciekłam w stronę lasu. Błądziłam blisko wyjścia. Nie chciałam się zgubić, chciałam płakać i krzyczeć. Powiedzieć światu to co ciążyło we mnie blisko sześć miesięcy. To czego nikt do tej pory nie usłyszał. To co bolało najbardziej. Utraciłam wiarygodność, ale wszyscy kłamali. Nic nie będzie takie jak kiedyś. To widziałam już wtedy, ale nie sądziłam, że ludzie też się zmienią. Wcale nie na lepsze.
[...]
"if you be my boat
I'll be your sea
a depth of pure blue just to probe curiosity
ebbing and flowing and pushed by a breeze
I live to make you free
I live to make you free"
Podgłośniłam radio i oparłam głowę o szybę. Od momentu kiedy znalazł mnie w lesie zapłakaną nie powiedział, ani słowa. Krople deszczu odbijały się od samochodu, zalewając go jakby łzami. Z daleka widać było pioruny i słychać, grzmoty. Czułam się bardziej samotna niż w ośrodku. Wszystko od środka mnie rozrywało. To nieprzemożone uczucie było nie do zwalczenia. Łzy same się cisnęły pod powieki, a ja nie miałam wystarczającej ilości silnej woli by je powstrzymać. Ścierałam je jedynie z powierzchni twarzy marząc by to się skończyło. By znów być blisko tego szczęścia, które utraciłam. Ale to było nie możliwe. Wszystko przestało mieć znaczenie. Nawet miłość do niego. Przecież dla niego nawet nie istniała. Zagryzłam wargi z bezsilności.
-Przestań.- rzucił, i przerzucił biegi by przyśpieszyć.
-Nie kazałam ci po mnie przyjeżdżać.- warknęłam.
-Ale skoro to zrobiłem to może byś się ogarnęła?- spojrzał na mnie. Jego twarz wykrzywiała złość, ale oczy...one nadal były łagodne. Jakby się bał. Bał o mnie. Pokręciłam zdezorientowana głową.
-To wszystko przez ciebie.- otarłam łzy i zacisnęłam dłonie w pieści.
-Ubzdurałaś sobie.- jego obojętność mnie irytowała.
-Nie wiem co ty sobie myślałeś.- rzuciłam przez zaciśnięte zęby.
-Raczej to ja nie wiem.- zaśmiał się złośliwie, a wtedy zdałam sobie sprawę jaki ON naprawdę jest.
-Jesteś świnią Justin.-rozpłakałam się i tuliłam do misia, który był od Biebera.
~
To dla jej dobra. Powtarzałem sobie w myślach widząc jak płacze, miałem ochotę tulić ją do siebie. Czy zasługiwała na to wszystko ode mnie? Oczywiście, że nie. Ale bałem się, że przeze mnie znowu zacznie brać. Nie powiedziała nic co by wskazywało na to, że to nie moja wina. Czułem się jeszcze bardziej obciążony tym wszystkim. Ale to dla niej. Z miłości do niej. By była w końcu szczęśliwa.
***
Część druga już powoli staje się rzeczywista. Nie piszę nic z wyprzedzeniem, a na bieżąco. To co się dzieje jest dla nich trudne, ale może dadzą sobie radę czyż nie?
sobota, 18 maja 2013
Chapter XXXI - This is the end.
Drogi pamiętniku (28.01)
Zabrał mnie do tego miasta. Ale on nie ma pojęcia, że go nienawidzę. Nie wie o mnie nic, a nawet jeśli nie wie całej prawdy. To głupie oni mogą byś wszędzie, a ja boję się wytknąć nos z pokoju hotelowego. Znam ich twarze, ale o więcej nie prosiłam. Nie potrzebuje ich imion i nazwisk. Czy to by coś zmieniło? Przecież zostawili mnie na pastwę losu. Pozwolili by inni zaopiekowali się ich dzieckiem. Pragnę wyrzucić to wszystko z głowy w tej chwili, ale czy potrafię? Czy potrafię nie zastanawiać się skąd pochodzę? Jakie nazwisko by mi dano? Co by było dalej? Jakby wyglądało moje życie? A kiedy jest tak wiele pytań uciekam. Zamykam się i narkotyki przynoszą mi ukojenie. Ile dziś wezmę by sobie ulżyć?
Zażenowana zamknęłam pamiętnik. Od tamtego dnia minęły dwa tygodnie. Justin kiedy na mnie patrzył był rozczarowany, przygnębiony. Iskierki z jego oczu zniknęły tak nagle. Nie pamiętam czemu, chociaż wiem dlaczego. Nie pamiętam co się wtedy wydarzyło. Tamten czas wypełniała pustka. Jak mogłam być tak głupia? Odwyk, to mnie teraz czekało. Justin powiedział, że wszystko gotowe i, że za tydzień pożegna się ze mną na równe pół roku. Patrzę wtedy na niego wystraszonym wzrokiem, a on z politowaniem kręci głową. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Przecież to ja do tego dopuściłam. Ja pozwoliłam by narkotyki przejęły władzę nad moim organizmem. Uzależniłam się tak szybko. Zastanawiałam się też czy nasza miłość to przetrwa. To pytanie naprawdę było dla mnie trudne. Kochałam go. Kochałam jego uśmiech, sposób w jaki poprawiał włosy. Jak chował dłoń do tylnej kieszeni kiedy czuł się zawstydzony. Miałam tęsknić za jego spojrzeniem. Delikatnymi pocałunkami. Śmiechem, który przerywał niezmąconą ciszę.
Drogi pamiętniku (02.02)
Jaka znacząca data nie prawdaż? Wróciliśmy do Los Angeles. Nie odzywa się do mnie słowem, a ja go nie winię. Czy mam jakiekolwiek prawo go osądzać? Odpowiedź brzmi: nie. Wiem, że teraz już nic nie będzie jak dawniej, ale co to zmienia? Jestem na głodzie, potwornym głodzie. Obszukano mnie i zabrano wszystko. Wiem, że to dla mojego dobra, ale dłonie już mi się trzęsą. Patrzę pustym wzrokiem przed siebie i nie myślę. Te momenty napawają mnie lękiem. Co jeśli już nigdy się z tego nie wyleczę? Czy nadal będzie ktoś przy mnie? Czuję, że to koniec. Czuję, że nie ma już nic.
Odrzuciłam od siebie zeszyt i przytuliłam do poduszki. Przecież wiem już wszystko. Przecież wiem co będzie dalej przez najbliższe pół roku. Walizki stoją w kącie pokoju i czekają na wyjazd. Nie ma tego wiele. Nie potrzebuje tego wszystkiego co otaczało mnie tutaj. Po za tym rzeczy zostaną dokładnie sprawdzone, a niektóre i zarekwirowane, więc po co się tym przejmować? Bolała mnie głowa. Kolejna migrena, ale wraz z mdłościami zmusiła do wzięcia tabletek. Byłam sama. Kto by chciał przebywać w towarzystwie narkomanki? Oczywiście, że nikt, prychnęłam pod nosem przedrzeźniając własną głupotę. Nienawidzę siebie za wszystko co zrobiłam. Za wszystko co mnie otacza, za wszystko co było moją winą.
Drogi pamiętniku (06.02)
Zniszczyłam wszystko co znałam, a teraz stoję w tym popiele i się zastanawiam. Czy uda mi się naprawić to wszystko co z dziesiątkowałam przez ten czas? Chciałam dobrze, wyszło źle. Kim jestem? Nie wiem kim się stałam. On odejdzie i to będzie koniec...
Tego uczucia się nie wyzbędę nigdy. Straciłam najważniejszą osobę w moim życiu i nie tak jak sądziłam. Odejdzie bo to ja zawiniłam, bo ja sięgnęłam po narkotyki. Myślałam, że nie dam radę wrócić na scenę. Jak widać miałam rację. Przytuliłam do siebie misia i z ociąganiem wstałam z łóżka. Wszystkie rzeczy stały na swoim miejscu, a ja przyglądałam się im by je zapamiętać. Wpatrywałam się w zdjęcie. Jedno wyjątkowe, które stało na biurku. Jego wygląd, jego uśmiech i ramiona. Obejmował ładną brunetkę o zielonych oczach. Uśmiechali się oboje do obiektywu. Co w tym takiego wyjątkowego? Bo to nie byłam już ja, to nigdy nie byłam ja. Ona już po prostu nie żyje...
Ktoś zapukał do drzwi i wszedł do środka. Miękkie kroki, ktoś w ciszy przemierzał mój pokój. Podłoga uginała się nieco pod jego ciężarem. Odwróciłam się, a na mnie spoglądała para smutnych czekoladowych oczu. Na jego twarz widniał grymas, a wzrok skupił się na zdjęciu. Sięgnął za mnie i wziął je do ręki. Badawczym wzrokiem przyglądał się mu, a potem przeniósł go na mnie.
-Odzyskajmy ją.- szepnął i schował je do plecaka przy torbach.
Nie odezwałam się co widocznie go zabolało. Nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Czyżby wszystko można jeszcze uratować? Pragnęłam tego jak niczego innego. Jednak przede mną długa droga.
-Musimy już iść.- westchnął i stanął na przeciw mnie.- Kocham cię Melissa, ale nie mogę pomóc więcej niż zmusić cię do tego wyjazdu.- szepnął i przytulił mnie do siebie. Odwzajemniłam uścisk, wdychając jego cytrusowy zapach. Chciałam go zapamiętać. Bałam się tego co mnie czeka. Po pewnym czasie odsunął się ode mnie i z lekki uśmiechem podniósł bagaże. Ja jedynie chwyciłam misia i plecak, i zaraz za nim zeszłam na dół do auta. Nie wyjaśniałam niczego nikomu, a Justin obiecał to załatwić za mnie. Schowaliśmy wszystko do bagażnika oprócz pluszaka, którego nadal w dłoniach. Usiadłam na miejscy pasażera i zapięłam pasy. Czekała nas dwunastogodzinna jazda do Nowego Yorku. Chcieliśmy spędzić ostatnie chwile razem. Nawet jeśli miało się to odbyć w ciasnym samochodzie.

***
Tak wiem, że krótko, ale nie wiedziałam co opisać. Nie było czego. Wiadomo było do czego to prowadzi. I to tak jakby koniec części pierwszej. Ale to nie koniec oficjalny :) Nie ma co się martwić. Nie długo na pewno ukaże się coś nowego, a w tej chwili naprawdę chciałabym wiedzieć jak wpłynęło na was to co do tej pory napisałam. Chociaż czuję, że nikt się tym nie interesuje.
Zabrał mnie do tego miasta. Ale on nie ma pojęcia, że go nienawidzę. Nie wie o mnie nic, a nawet jeśli nie wie całej prawdy. To głupie oni mogą byś wszędzie, a ja boję się wytknąć nos z pokoju hotelowego. Znam ich twarze, ale o więcej nie prosiłam. Nie potrzebuje ich imion i nazwisk. Czy to by coś zmieniło? Przecież zostawili mnie na pastwę losu. Pozwolili by inni zaopiekowali się ich dzieckiem. Pragnę wyrzucić to wszystko z głowy w tej chwili, ale czy potrafię? Czy potrafię nie zastanawiać się skąd pochodzę? Jakie nazwisko by mi dano? Co by było dalej? Jakby wyglądało moje życie? A kiedy jest tak wiele pytań uciekam. Zamykam się i narkotyki przynoszą mi ukojenie. Ile dziś wezmę by sobie ulżyć?
Zażenowana zamknęłam pamiętnik. Od tamtego dnia minęły dwa tygodnie. Justin kiedy na mnie patrzył był rozczarowany, przygnębiony. Iskierki z jego oczu zniknęły tak nagle. Nie pamiętam czemu, chociaż wiem dlaczego. Nie pamiętam co się wtedy wydarzyło. Tamten czas wypełniała pustka. Jak mogłam być tak głupia? Odwyk, to mnie teraz czekało. Justin powiedział, że wszystko gotowe i, że za tydzień pożegna się ze mną na równe pół roku. Patrzę wtedy na niego wystraszonym wzrokiem, a on z politowaniem kręci głową. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Przecież to ja do tego dopuściłam. Ja pozwoliłam by narkotyki przejęły władzę nad moim organizmem. Uzależniłam się tak szybko. Zastanawiałam się też czy nasza miłość to przetrwa. To pytanie naprawdę było dla mnie trudne. Kochałam go. Kochałam jego uśmiech, sposób w jaki poprawiał włosy. Jak chował dłoń do tylnej kieszeni kiedy czuł się zawstydzony. Miałam tęsknić za jego spojrzeniem. Delikatnymi pocałunkami. Śmiechem, który przerywał niezmąconą ciszę.
Drogi pamiętniku (02.02)
Jaka znacząca data nie prawdaż? Wróciliśmy do Los Angeles. Nie odzywa się do mnie słowem, a ja go nie winię. Czy mam jakiekolwiek prawo go osądzać? Odpowiedź brzmi: nie. Wiem, że teraz już nic nie będzie jak dawniej, ale co to zmienia? Jestem na głodzie, potwornym głodzie. Obszukano mnie i zabrano wszystko. Wiem, że to dla mojego dobra, ale dłonie już mi się trzęsą. Patrzę pustym wzrokiem przed siebie i nie myślę. Te momenty napawają mnie lękiem. Co jeśli już nigdy się z tego nie wyleczę? Czy nadal będzie ktoś przy mnie? Czuję, że to koniec. Czuję, że nie ma już nic.
Odrzuciłam od siebie zeszyt i przytuliłam do poduszki. Przecież wiem już wszystko. Przecież wiem co będzie dalej przez najbliższe pół roku. Walizki stoją w kącie pokoju i czekają na wyjazd. Nie ma tego wiele. Nie potrzebuje tego wszystkiego co otaczało mnie tutaj. Po za tym rzeczy zostaną dokładnie sprawdzone, a niektóre i zarekwirowane, więc po co się tym przejmować? Bolała mnie głowa. Kolejna migrena, ale wraz z mdłościami zmusiła do wzięcia tabletek. Byłam sama. Kto by chciał przebywać w towarzystwie narkomanki? Oczywiście, że nikt, prychnęłam pod nosem przedrzeźniając własną głupotę. Nienawidzę siebie za wszystko co zrobiłam. Za wszystko co mnie otacza, za wszystko co było moją winą.
Drogi pamiętniku (06.02)
Zniszczyłam wszystko co znałam, a teraz stoję w tym popiele i się zastanawiam. Czy uda mi się naprawić to wszystko co z dziesiątkowałam przez ten czas? Chciałam dobrze, wyszło źle. Kim jestem? Nie wiem kim się stałam. On odejdzie i to będzie koniec...
Tego uczucia się nie wyzbędę nigdy. Straciłam najważniejszą osobę w moim życiu i nie tak jak sądziłam. Odejdzie bo to ja zawiniłam, bo ja sięgnęłam po narkotyki. Myślałam, że nie dam radę wrócić na scenę. Jak widać miałam rację. Przytuliłam do siebie misia i z ociąganiem wstałam z łóżka. Wszystkie rzeczy stały na swoim miejscu, a ja przyglądałam się im by je zapamiętać. Wpatrywałam się w zdjęcie. Jedno wyjątkowe, które stało na biurku. Jego wygląd, jego uśmiech i ramiona. Obejmował ładną brunetkę o zielonych oczach. Uśmiechali się oboje do obiektywu. Co w tym takiego wyjątkowego? Bo to nie byłam już ja, to nigdy nie byłam ja. Ona już po prostu nie żyje...
Ktoś zapukał do drzwi i wszedł do środka. Miękkie kroki, ktoś w ciszy przemierzał mój pokój. Podłoga uginała się nieco pod jego ciężarem. Odwróciłam się, a na mnie spoglądała para smutnych czekoladowych oczu. Na jego twarz widniał grymas, a wzrok skupił się na zdjęciu. Sięgnął za mnie i wziął je do ręki. Badawczym wzrokiem przyglądał się mu, a potem przeniósł go na mnie.
-Odzyskajmy ją.- szepnął i schował je do plecaka przy torbach.
Nie odezwałam się co widocznie go zabolało. Nie wiedziałam po prostu co powiedzieć. Czyżby wszystko można jeszcze uratować? Pragnęłam tego jak niczego innego. Jednak przede mną długa droga.
-Musimy już iść.- westchnął i stanął na przeciw mnie.- Kocham cię Melissa, ale nie mogę pomóc więcej niż zmusić cię do tego wyjazdu.- szepnął i przytulił mnie do siebie. Odwzajemniłam uścisk, wdychając jego cytrusowy zapach. Chciałam go zapamiętać. Bałam się tego co mnie czeka. Po pewnym czasie odsunął się ode mnie i z lekki uśmiechem podniósł bagaże. Ja jedynie chwyciłam misia i plecak, i zaraz za nim zeszłam na dół do auta. Nie wyjaśniałam niczego nikomu, a Justin obiecał to załatwić za mnie. Schowaliśmy wszystko do bagażnika oprócz pluszaka, którego nadal w dłoniach. Usiadłam na miejscy pasażera i zapięłam pasy. Czekała nas dwunastogodzinna jazda do Nowego Yorku. Chcieliśmy spędzić ostatnie chwile razem. Nawet jeśli miało się to odbyć w ciasnym samochodzie.
***
Tak wiem, że krótko, ale nie wiedziałam co opisać. Nie było czego. Wiadomo było do czego to prowadzi. I to tak jakby koniec części pierwszej. Ale to nie koniec oficjalny :) Nie ma co się martwić. Nie długo na pewno ukaże się coś nowego, a w tej chwili naprawdę chciałabym wiedzieć jak wpłynęło na was to co do tej pory napisałam. Chociaż czuję, że nikt się tym nie interesuje.
piątek, 17 maja 2013
Chapter XXX - The whole truth about you. (Bonus)
Czułem rozczarowanie i żal. Czułem, że zawiodłem, a jednak nie było w tym mojej winy. Czyżby na pewno? Uwalniałem się od tego, ale skąd mogłem znać przyczyny? Nie wiedziałem co czuła. Nic nie mówiła. Jej presja była tylko wytworem jej wyobraźni, a nie prawdą. Tak to sobie tłumaczyłem. A co jeśli to był mój błąd? Jeśli wtedy przepuszczając ją przez drzwi unieszczęśliwiłem ją? Głupie pytania, ale i jakie głupie odpowiedzi. Miałem dość słuchania samego siebie, ale ze wściekłości nie chciałem słuchać i jej. To co zrobiła, a raczej robiła, paliła wszystko. Zniszczyła to co chciałem zbudować. Miałem ochotę niszczyć, ale ona zrobiła to już za mnie. Wszędzie tylko dym i popiół. Agresja i nienawiść. Ból i cierpienie. I wiele zbędnie wylanych łez. Bo nikt nie zauważył, że się zgubiła. Nikt nie dostrzegł, że ona zboczyła ze ścieżki. I to ja jej przed tym nie powstrzymałem. Tego nie mogłem już sobie darować. To raniło moje serce doszczętnie. Rozpadało się na miliony małych kawałeczków, a one nie chciały się za nic z powrotem poukładać. Wspomnienia przychodziły falami, a ja miałem ochotę się ich pozbyć. Było to jednak nie możliwe. Zagryzałem więc wargi i zaciskałem pięści, i czekałem.
Stała pod drzwiami. Z tym swoim niepewnym uśmiechem, za który ją uwielbiałem. Chociaż to nie tylko to. Uwielbiałem ją na wiele sposobów. Wszystkie czyniły ją wyjątkową. Odsunąłem się od drzwi by spokojnie mogła przekroczyć próg domu. Widziałem wielkiego sińca zdobiącego jej oko. Już wtedy wiedziałem kto jej to zrobił, a ona jakby czytając mi w myślach, peszyła się i zasłaniała się włosami. Czułem potrzebę jej wtedy chronić. Była taka niewinna. Często się zakochiwała. Nie było to jej winą. A może nie zakochiwała? Może jedynie pozwalała by inni kochali ją? Kto nie chciał być kochany? Posłałem jej promienny uśmiech i poprowadziłem na kanapę. Usiadłem obok niej i westchnąłem. Czuła to, widziałem w jej oczach. Czuła to, że kocham ją od chwili gdy znalazła się w mojej sypialni. Gdy wtedy nieświadomie wypowiedziała, że mnie kocha. I tak były to słowa skierowane do mnie. "Kocham cię Justin". Pamiętałem wtedy nawet ton jej głosu. I prosiła bym ją tulił i już nigdy nie zostawił. A ja pozwoliłem by ja skrzywdzono. By ktoś niszczący podniósł na nią dłoń. I zarzekłem się wtedy, że już nigdy nie pozwolę by czuła się skrzywdzona, nieszczęśliwa.
Teraz mógłbym wyrzucać sobie tą głupotę. Chciałem ją chronić, ale tak naprawdę była unieszczęśliwiona. Bo gdyby tak nie było czy działo by się to wszystko?
Przerażony wyciągnąłem ciało z wody. Nigdy niczego tak się w życiu nie bałem, jak tego, że mogę ją teraz stracić. A to dlatego, że chciałem ją nastraszyć. Przez głupią zabawę mogłem już nigdy nie ujrzeć tego przeszywającego wzroku kiedy szukała we mnie odpowiedzi na swoje pytania. Nie zdawała sobie sprawy, a mimo że to jej życie było zagrożone, to przed moimi oczami ukazało się całe moje. I momenty, w których była ona. I to jak przyszła i jak się całowaliśmy. Jak szeptała, że jestem pierwszy i, że dziękuje mi za to. To co czyniło naszą krótką więź silną. Nie mogłem pozwolić jej odejść.
Dlaczego nie dostrzegłem tego wcześniej. Dlaczego? Wyrzucałem sobie wszystko. W tamtym momencie nie mogłem znieść też siebie. Bo gdyby nie ja czy to wszystko w ogóle by się wydarzyło? Nie znałem jeszcze odpowiedzi. Ale byłem ślepy. Wtedy kiedy cierpiała mnie nigdy nie było.
Zadzwoniła płaczliwym, ale nie obecnym głosem, prosząc bym przekonał jej siostrę. Nie wiedziałem o co chodzi, ale od razu się zgodziłem. Przecież to moja przyjaciółka. Tylko czemu nie dostrzegłem niemego ratunku ze strony mojej ukochanej? Kiedy przepuściła mnie w drzwiach. Jak się odsunęła ode mnie. Poczułem chłód, który widać było także w jej oczach. Zniszczyłem coś wtedy, a on miała tego nie zapomnieć. Głupi nie powiedziałem nic. Udałem, że wszystko jest w porządku i zająłem się tym po co przyszedłem. Potem nie zapytałem o nic, a ona wyglądała na załamaną. Jakbym się nie interesował.
Mógłbym liczyć, ale tego było zbyt wiele. Jej mina i ten wyraz jej oczu sprawiał, że nie czułem nic. Jakby wszystkie moje myśli, uczucia zniknęły, wyparowały. Próbowałem się bronić, ale to nic nie dało. Ginąłem wśród jej zieleni i nie czekało mnie nic oprócz zapomnienia. A wtedy nie było już niczego. I wiedząc to wszystko nie zrobiłem nic by jej pomóc. Nie rzuciłem koła ratunkowego, ale nie dostrzegłem znaku. Ona miała ten znak na twarzy, w oczach.
Obudziłem się i czułem jej wzrok na swojej twarzy. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, ale starałem się go nie poszerzać. Po chwili poczułem ciepło na wargach i znów chłód. Otworzyłem oczy i spojrzałem w jej. Były dalekie, obce i nie należały wcale do niej. Nie miałem pojęcia, skąd nagle u niej tak wielkie źrenice. Nie szukałem odpowiedzi. Zignorowałem to. Może to dlatego, że coś wpadło jej do oka? Chciałem ja usprawiedliwić aby się nad tym nie zastanawiać.
Błąd. Błąd. Cholerny błąd, a to wszystko przez dumę. Prze głupotę ludzką i swoją własną. Przecież gdybym w porę zareagował, może udało by się to cofnąć? Może zniknął by ten smutny wyraz z jej twarzy, który czasem przybierała. Może więcej by wtedy żartowała. A może poświęcałem jej za mało czasu? Oskarżałem sam siebie, nie znając prawdy. Ale co ci da prawda jeśli i tak czujesz, że zawiniłeś? Jak prawda ma zmienić twoje życie, skoro osoba którą kochasz... Mówi się, ze ktoś kto mówi, że miłość nigdy nie przynosi strachu, ten nigdy nie był zakochany. Może to prawda. Moja miłość często sprawdzała czy wystarczająco się o nią martwię, ale to przerosło moje oczekiwania. Gorsza była też świadomość kiedy to się działo.
Paranoicznie rozbiła lustro i wyrzuciła wszystko z szafki w łazience. Przerażona cofnęła się w tył i upadła na kafle. Ręką dotknęła czoła, a z niego sączyła się stróżka krwi. Krzyczała. Przeraźliwie krzyczała. Wpadła w atak paniki. Wołała, ale nie miało to większego sensu. Cofała się w tył, a jej ręka ciągnęła się za nią. Patrzyłem na to ze łzami w oczach. Co ona robiła? Jak mogła doprowadzić się do takiego stanu? Bałem się jej, bałem się tego co robiła. To było jak w najstraszniejszym horrorze, którego nikt nie chce przeżyć. Błagała mnie o litość. Błagała bym jej nie dotykał. Jej ciało zanosiło się spazmatycznym szlochem. Nagle napadły ją drgawki. Jak paralityk, podrygiwała na podłodze, a ja padłem na kolana szlochając. Bałem się wszystkiego. Kolejnej sekundy, swojego ruchu. Wszystko miało sekwencje wypadku. To było nie do zniesienia. Zdążyłem wykonać jeden telefon, ale głos co chwila zanikał. Nie mogłem powiedzieć słowa. A ona jakby umierała...
Potem znalazłem się w Mount Sinai Hospital i opatulony kocem popijałem kawę. Pielęgniarki, zresztą naprawdę miłe pocieszały mnie. Powiedziały, że doktor postara się by moja ukochana wyszła z tego wszystkiego cało. Gorzej kiedy się okazało, że to nie choroba. Nie coś co zniknie, tylko coś przez co ona może zniknąć. Miałem ochotę walić głową o mur. Emocje, które we mnie rosły, przerażały mnie. Chciałem się ich wyzbyć. Nie miałem jednak na to czasu.
Przyszedłem do niej, ale nie patrzyła na mnie. Uparcie tępo wpatrywała się w sufit, to w ekran urządzenia podłączonego do jej serca. Usiadłem na niewygodny, metalowym taborecie. Pokręciłem się chwilę na nim i skrzywiłem. Był nie wygodny i zimny. Zapach również, nie należał do najprzyjemniejszych. Chemikalia, środki czyszczące i lekarstwa o intensywnym zapachu powodowały mdłości. Jej blada i chuda ręka, leżała na pościeli. Spojrzałem na nią i po chwili nakryłem ją swoją dłonią. W porównaniu z moja skórą była blada jak ściana. Pokręciłem głową i podniosłem wzrok. Patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Oczy jak u laki, nie odzwierciedlały, żadnych uczuć, a ja pragnąłem jedynie by móc ją znowu przytulić. Nie wiedziałem nawet czy wie kim jestem. Nie dla tego, że spodziewano się u niej zaników pamięci. Niczego nie można było stwierdzić bo do nikogo się nie odzywała. Ale dlatego, że nie było w niej uczuć. A chciałem zobaczyć chociaż jak rumieni swoje policzki. Doktor obiecał trzymać wszystko w tajemnicy, ale błagał bym zrobił coś z tym. Nie chciał by zmarła z własnej głupoty. Bałem się jednak, że wymaga ode mnie za dużo.
-Nienawidzisz mnie.- to były jej pierwsze słowa, odkąd się obudziła.
-Nie prawda, maleńka.- uśmiechnąłem się. Nie była to do końca prawda, po części nienawidziłem siebie.
-Nie może być inaczej.- pokręciła głową jakby nie przyjmując nic innego do wiadomości. Potem ponownie zamilkła na kolejny tydzień. Do momentu wypisania ze szpitala. Wszystko było już gotowe w domu, ale mnie czekało wyzwanie. Najpierw musiałem ją tam sprowadzić.
Stała pod drzwiami. Z tym swoim niepewnym uśmiechem, za który ją uwielbiałem. Chociaż to nie tylko to. Uwielbiałem ją na wiele sposobów. Wszystkie czyniły ją wyjątkową. Odsunąłem się od drzwi by spokojnie mogła przekroczyć próg domu. Widziałem wielkiego sińca zdobiącego jej oko. Już wtedy wiedziałem kto jej to zrobił, a ona jakby czytając mi w myślach, peszyła się i zasłaniała się włosami. Czułem potrzebę jej wtedy chronić. Była taka niewinna. Często się zakochiwała. Nie było to jej winą. A może nie zakochiwała? Może jedynie pozwalała by inni kochali ją? Kto nie chciał być kochany? Posłałem jej promienny uśmiech i poprowadziłem na kanapę. Usiadłem obok niej i westchnąłem. Czuła to, widziałem w jej oczach. Czuła to, że kocham ją od chwili gdy znalazła się w mojej sypialni. Gdy wtedy nieświadomie wypowiedziała, że mnie kocha. I tak były to słowa skierowane do mnie. "Kocham cię Justin". Pamiętałem wtedy nawet ton jej głosu. I prosiła bym ją tulił i już nigdy nie zostawił. A ja pozwoliłem by ja skrzywdzono. By ktoś niszczący podniósł na nią dłoń. I zarzekłem się wtedy, że już nigdy nie pozwolę by czuła się skrzywdzona, nieszczęśliwa.
Teraz mógłbym wyrzucać sobie tą głupotę. Chciałem ją chronić, ale tak naprawdę była unieszczęśliwiona. Bo gdyby tak nie było czy działo by się to wszystko?
Przerażony wyciągnąłem ciało z wody. Nigdy niczego tak się w życiu nie bałem, jak tego, że mogę ją teraz stracić. A to dlatego, że chciałem ją nastraszyć. Przez głupią zabawę mogłem już nigdy nie ujrzeć tego przeszywającego wzroku kiedy szukała we mnie odpowiedzi na swoje pytania. Nie zdawała sobie sprawy, a mimo że to jej życie było zagrożone, to przed moimi oczami ukazało się całe moje. I momenty, w których była ona. I to jak przyszła i jak się całowaliśmy. Jak szeptała, że jestem pierwszy i, że dziękuje mi za to. To co czyniło naszą krótką więź silną. Nie mogłem pozwolić jej odejść.
Dlaczego nie dostrzegłem tego wcześniej. Dlaczego? Wyrzucałem sobie wszystko. W tamtym momencie nie mogłem znieść też siebie. Bo gdyby nie ja czy to wszystko w ogóle by się wydarzyło? Nie znałem jeszcze odpowiedzi. Ale byłem ślepy. Wtedy kiedy cierpiała mnie nigdy nie było.
Zadzwoniła płaczliwym, ale nie obecnym głosem, prosząc bym przekonał jej siostrę. Nie wiedziałem o co chodzi, ale od razu się zgodziłem. Przecież to moja przyjaciółka. Tylko czemu nie dostrzegłem niemego ratunku ze strony mojej ukochanej? Kiedy przepuściła mnie w drzwiach. Jak się odsunęła ode mnie. Poczułem chłód, który widać było także w jej oczach. Zniszczyłem coś wtedy, a on miała tego nie zapomnieć. Głupi nie powiedziałem nic. Udałem, że wszystko jest w porządku i zająłem się tym po co przyszedłem. Potem nie zapytałem o nic, a ona wyglądała na załamaną. Jakbym się nie interesował.
Mógłbym liczyć, ale tego było zbyt wiele. Jej mina i ten wyraz jej oczu sprawiał, że nie czułem nic. Jakby wszystkie moje myśli, uczucia zniknęły, wyparowały. Próbowałem się bronić, ale to nic nie dało. Ginąłem wśród jej zieleni i nie czekało mnie nic oprócz zapomnienia. A wtedy nie było już niczego. I wiedząc to wszystko nie zrobiłem nic by jej pomóc. Nie rzuciłem koła ratunkowego, ale nie dostrzegłem znaku. Ona miała ten znak na twarzy, w oczach.
Obudziłem się i czułem jej wzrok na swojej twarzy. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, ale starałem się go nie poszerzać. Po chwili poczułem ciepło na wargach i znów chłód. Otworzyłem oczy i spojrzałem w jej. Były dalekie, obce i nie należały wcale do niej. Nie miałem pojęcia, skąd nagle u niej tak wielkie źrenice. Nie szukałem odpowiedzi. Zignorowałem to. Może to dlatego, że coś wpadło jej do oka? Chciałem ja usprawiedliwić aby się nad tym nie zastanawiać.
Błąd. Błąd. Cholerny błąd, a to wszystko przez dumę. Prze głupotę ludzką i swoją własną. Przecież gdybym w porę zareagował, może udało by się to cofnąć? Może zniknął by ten smutny wyraz z jej twarzy, który czasem przybierała. Może więcej by wtedy żartowała. A może poświęcałem jej za mało czasu? Oskarżałem sam siebie, nie znając prawdy. Ale co ci da prawda jeśli i tak czujesz, że zawiniłeś? Jak prawda ma zmienić twoje życie, skoro osoba którą kochasz... Mówi się, ze ktoś kto mówi, że miłość nigdy nie przynosi strachu, ten nigdy nie był zakochany. Może to prawda. Moja miłość często sprawdzała czy wystarczająco się o nią martwię, ale to przerosło moje oczekiwania. Gorsza była też świadomość kiedy to się działo.
Paranoicznie rozbiła lustro i wyrzuciła wszystko z szafki w łazience. Przerażona cofnęła się w tył i upadła na kafle. Ręką dotknęła czoła, a z niego sączyła się stróżka krwi. Krzyczała. Przeraźliwie krzyczała. Wpadła w atak paniki. Wołała, ale nie miało to większego sensu. Cofała się w tył, a jej ręka ciągnęła się za nią. Patrzyłem na to ze łzami w oczach. Co ona robiła? Jak mogła doprowadzić się do takiego stanu? Bałem się jej, bałem się tego co robiła. To było jak w najstraszniejszym horrorze, którego nikt nie chce przeżyć. Błagała mnie o litość. Błagała bym jej nie dotykał. Jej ciało zanosiło się spazmatycznym szlochem. Nagle napadły ją drgawki. Jak paralityk, podrygiwała na podłodze, a ja padłem na kolana szlochając. Bałem się wszystkiego. Kolejnej sekundy, swojego ruchu. Wszystko miało sekwencje wypadku. To było nie do zniesienia. Zdążyłem wykonać jeden telefon, ale głos co chwila zanikał. Nie mogłem powiedzieć słowa. A ona jakby umierała...
Potem znalazłem się w Mount Sinai Hospital i opatulony kocem popijałem kawę. Pielęgniarki, zresztą naprawdę miłe pocieszały mnie. Powiedziały, że doktor postara się by moja ukochana wyszła z tego wszystkiego cało. Gorzej kiedy się okazało, że to nie choroba. Nie coś co zniknie, tylko coś przez co ona może zniknąć. Miałem ochotę walić głową o mur. Emocje, które we mnie rosły, przerażały mnie. Chciałem się ich wyzbyć. Nie miałem jednak na to czasu.
Przyszedłem do niej, ale nie patrzyła na mnie. Uparcie tępo wpatrywała się w sufit, to w ekran urządzenia podłączonego do jej serca. Usiadłem na niewygodny, metalowym taborecie. Pokręciłem się chwilę na nim i skrzywiłem. Był nie wygodny i zimny. Zapach również, nie należał do najprzyjemniejszych. Chemikalia, środki czyszczące i lekarstwa o intensywnym zapachu powodowały mdłości. Jej blada i chuda ręka, leżała na pościeli. Spojrzałem na nią i po chwili nakryłem ją swoją dłonią. W porównaniu z moja skórą była blada jak ściana. Pokręciłem głową i podniosłem wzrok. Patrzyła na mnie pustym wzrokiem. Oczy jak u laki, nie odzwierciedlały, żadnych uczuć, a ja pragnąłem jedynie by móc ją znowu przytulić. Nie wiedziałem nawet czy wie kim jestem. Nie dla tego, że spodziewano się u niej zaników pamięci. Niczego nie można było stwierdzić bo do nikogo się nie odzywała. Ale dlatego, że nie było w niej uczuć. A chciałem zobaczyć chociaż jak rumieni swoje policzki. Doktor obiecał trzymać wszystko w tajemnicy, ale błagał bym zrobił coś z tym. Nie chciał by zmarła z własnej głupoty. Bałem się jednak, że wymaga ode mnie za dużo.
-Nienawidzisz mnie.- to były jej pierwsze słowa, odkąd się obudziła.
-Nie prawda, maleńka.- uśmiechnąłem się. Nie była to do końca prawda, po części nienawidziłem siebie.
-Nie może być inaczej.- pokręciła głową jakby nie przyjmując nic innego do wiadomości. Potem ponownie zamilkła na kolejny tydzień. Do momentu wypisania ze szpitala. Wszystko było już gotowe w domu, ale mnie czekało wyzwanie. Najpierw musiałem ją tam sprowadzić.
czwartek, 16 maja 2013
Chapter XXIX - With his family.
Wysiedliśmy z samolotu, a ja szczelniej opatuliłam się bluzą ukochanego. On objął mnie ramieniem i z jego pomocom ponownie znaleźliśmy się na ziemi. Nie czułam większego strachu przed lataniem, ale nie był to też mój ulubiony środek transportu. Więc byłam ucieszona z myślą, że dotykam już tego co przechylać się nie może. W terminalu odebraliśmy swoje bagaże, które Kenny umieścił na specjalnym wózku do tego przeznaczonym. Ruszyliśmy w stronę wynajętego auta. Justin otworzył przede mną drzwi, a potem sam wślizgnął się na tylnie siedzenie i zamknął je z powrotem. Przyssana do szyby podziwiałam rodzinne miasteczko mojego ukochanego. Gdzieniegdzie zalegały zaspy śniegu, a na niektórych podwórkach stały rozmaite bałwany. Uśmiechnęłam się na ich widok co nie uszło uwadze mojemu chłopakowi. Wraz ze mnę wpatrywał się w widoki za oknem. Obserwowaliśmy jak białe obłoczki pary unoszą się z ust przechodniów. Mimo wszystko Canada nie była najcieplejszym miejscem na ziemi, a szczególnie dzień przed Wigilią Świąt Bożego Narodzenia. Wraz z prośbą Justina zgodziłam się odwiedzić jego mamę oraz dziadków w ten świąteczny okres. Moja mama przyjęła to z ciężkim sercem jednak życzyła mi wesołych świąt. Śnieg nie był dla mnie nowością, ale w Nowym Yorku nie było miejsca na bałwany, ani śnieżki. To miasto było pełne biurowców i wysokich budynków mieszkalnych. Może na obrzeżach wyglądało to inaczej, ale ja rzadko bywałam na przedmieściach. Tak więc z zachwytem przyglądałam się tutejszemu klimatowi. Ale nie tylko to wyróżniało to miejsce. Tu było widać nadchodzące święta nie tylko z witryn sklepowych, które oferowały przystępne produkty w przystępnej, a i tak podniesionej cenie. Tu wszystko było jak świecący neon, który krzyczał "ŚWIĘTA"! Może wydaje się to takie zwykłe dla mnie było czymś zaskakującym. Na każdym domu wisiały ozdobne światełka, które wieczorem miały rozbłysnąć. Na drzwiach wisiały ozdobne wieńce, zrobione z gałązek i ozdób. Z niektórych okien dało się dostrzec wiszącą jemiołę. Uśmiechnęłam się do siebie na samą myśl o niej. Oblizałam wyziębione wargi, a po chwili poczułam na nich ciężar i ciepło. Zaśmiałam się i odwzajemniłam pocałunek, znajdując się nagle na jego kolanach. Pokręciłam jedynie głową i oparłam głowę o jego klatkę. To jego ramiona utwierdzały mnie w przekonaniu, że nie ważne gdzie będę właśnie to tu będę się czuła bezpiecznie.
-Nad czym tak intensywnie rozmyślasz?- zapytał głaskając mnie po włosach.
-Nad tym miejsce.- westchnęłam cicho.
-Podoba ci się tu?- zapytał nie przerywając czynności.
-Oczywiście. To tak jakby święta trwały tu cały rok albo były naprawdę wyjątkowe.- odpowiedziałam z entuzjazmem.
-Bo te są naprawdę wyjątkowe.- szepnął mi do ucha.
-A dlaczego?- spytałam nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi. Innie nie były?
-Bo spędzam je z tobą.- uśmiechnął się czule, a ja musnęłam jego wargi.
-To w takim razie są naprawdę wyjątkowe.- zaśmiałam się, a on mi zawtórował.
Kilkanaście minut później ochroniarz mojego chłopaka zatrzymał się na podjeździe, a my wysiedliśmy na świeże powietrze. Od razu przeszył mnie chłód i głupota, że nie pomyślałam o tym by zostawić sobie coś cieplejszego na wierzchu. Justin jakby czytając mi w myślach uśmiechnął się albo bawiło go to, że marznę. Wolałam pierwszą opcję chociaż sama nie byłam pewna w obu wychodziłam na osobę pozbawioną rozumu. Kiedy wyjęli walizki z samochodu Justin pożegnał się z Kennym i powiedział, że w tej chwili ma wracać do domu na święta. Zdziwiona mina ochroniarza nieco mnie rozbawiła, ale wiedziałam, że on nie żartuje. Tak więc po krótkich namowach pożegnaliśmy go patrząc jak odjeżdża taksówką tam skąd właśnie przyjechał. Mój ukochany z wielkim uśmiechem na twarzy zataszczył większość walizek pod drzwi, ale udało mi się zabrać choć jedną ze sobą. Zapukał najpierw kulturalnie, ale po chwili wszedł już do środka. W końcu to był dom, w którym się wychował.
-Mamooo!- krzyknął z korytarza, do którego po chwili weszła niska brunetka. Uśmiechnęła się zarzuciła na ramię ścierkę, którą trzymałą w dłoni i przytuliła do siebie swojego syna.- Justin, mój kochany jakiś ty wysoki.- zlustrowała go wzrokiem i się zaśmiała.
-Dziękuję mamuś. Ty za to się nie zmieniłaś.- zawtórował jej śmiechem, ale ona w odpowiedzi zdzieliła go szmatką.
-Uważaj sobie synuś.- pogroziła palcem. Całej tej scenie przypatrywałam się z rozbawieniem z boku. Mimo, że miałam już okazję poznać jego mamę to nigdy nie widziałam się z nią będą dziewczyną jej syna. Miałam tylko nadzieje, że nie będzie się nad nim rozczulać tak jak to miała w zwyczaju robiąc to przed moją mamą, w kółko powtarzając, że on i Stella mają na siebie zły wpływ. - No proszę i przyprowadziłeś w końcu swoją dziewczynę.- uśmiechnęła się, przytuliła mnie do siebie i cmoknęła w policzek.- Ale nie postarałeś się.- wskazała na walizkę w mojej dłoni, którą z nie wiadomych powodów nadal trzymałam w dłoni.
-Melissa się uparła. A nie chciałem się z nią kłócić bo marzła mi na dworze.- powiedział odbierając mi bagaż z dłoni.
-Już nie ważne.- rzuciła.- Idź zanieś bagaże do pokoi, Mel będzie spała w gościnnym, a ty u siebie. A ciebie zapraszam na herbatę.- słychać było jęki sprzeciwu od strony Justina, ale wystarczyło jedno spojrzenie Pattie i od razu ucichł. Kobieta złapała mnie pod ramię i zaprowadziła do kuchni. Siedziała w niej starsza pani na oko sześćdziesięcioletnia oraz starszy pan, również w podobnym wieku. W obojgu poznałam dziadków Justina. Uśmiechnęłam się do nich. W odpowiedzi jego babcia wstała i przytuliła mnie do siebie.
-Witaj skarbie w rodzinie.- zaśmiała się wesoło i wróciła na miejsce.
-Dziękuję.- zarumieniłam się i usiadłam przy wyspie.
-Proszę kochanie. Na pewno zmarzłaś.- mama Justina postawiła przede mną kubek ciepłej herbaty, a ja powolnymi łyczkami siorbałam jego zawartość. Kilka chwil później na dół zszedł Bieber i przywitał się z dziadkami. Pogrążył się z nimi w rozmowie, a ja nie chcąc być nie miłą nie słuchałam o czym rozmawiając. Czułam jednak ukradkowe spojrzenia w moją stronę. Ja w tym czasie ogrzałam się herbatą i zaproponowałam pomóc w kuchni. Pattie przyjęła to z uśmiechem i podała mi fartuch do pomocy. Pracy nie było za wiele bo większość była już gotowa, ale i tak trzeba było przygotować dopiero jutro. Tak spędziliśmy miłe popołudnie. Jednak jeszcze przed zachodem słońca Justin wyciągnął mnie na spacer. Nie chciałam się zgodzić, ale wręcz siłą mnie do tego zmusił. Przechadzaliśmy się wzdłuż drogi, a ja co chwilę marudziła, że chcę wracać bo mi zimno i jestem zmęczona po podróży.
-Oj Mel, błagam cię przestań.- powiedział zirytowany kiedy po rak kolejny powtórzyłam, że nie podoba mi się jego pomysł.
-Ale ja chcę wracać.- odpowiedziałam zatrzymując się.
-Nie rób mi tu buntu tylko rusz się dalej.- pociągnął mnie za rękę prowadząc dalej.
-Powiesz mi gdzie mnie ciągniesz?- nie dawałam za wygrana.
-Nie.- odburknął i ciągnął dalej za sobą. Kiedy się zrównaliśmy objął mnie ramieniem i musnął mój policzek.- Nie obrażaj się maleńka.- szepnął mi do ucha, a ja wypuściłam powietrze z płuc.
-No dobrze, ale naprawdę nie mam ochoty iść nigdzie daleko.- mruknęłam, nadal nie przekonana.
-Wiem to.- spojrzał na mnie roześmiany.
-Nie wiem co cię tak bawi.- spojrzałam na niego zdziwiona.
-Ty, moja droga.- zaśmiał się, całując mnie delikatnie.
-Rozumiem.- chociaż nie rozumiała, wolałam zachować to dla niego.
-Już niedaleko.- uśmiechnął się i zatrzymał przed pewnym budynkiem.- To tu.
-Bardzo nie daleko jak zaraz.- odpowiedziałam, na co wywrócił oczami. Zapukał i tak jak wcześniej bez zaproszenia wszedł do środka. Miałam ochotę złapać go za nadgarstek i przyciągnąć do siebie.- Co ty robisz?- syknęłam, ale on w odpowiedzi pociągnął mnie za sobą. W domu słychać było śmiech, dziecięcy śmiech, dziecięcy głos, a nawet dwa. Nie wiedziałam o co w tym chodzi dopóki nie zobaczyłam mężczyzny, który mimo pewnego wieku był podobny do mojego chłopaka.
-Witam Jeremy Bieber.- przedstawił się i wyciągnął dłoń w moją stronę.
-Melissa Deep-Jolie.- uśmiechnęłam się nieśmiało.- Miło mi.
-Mi również.- zaśmiał się, a Justin przybił z tata piątkę.
-Gdzie dzieciaki?- zapytał z uśmiechem, a po chwili do jego stóp przykleiły się dwie małe postacie. Jedną z nich był trzyletni Jaxon oraz sześcioletnia Jazzy. Wziął siostrzyczkę na ręce, a potem wraz z jej pomocą i braciszka. Całował ich po twarzach za co oni wcale nie byli dłużni. Odwzajemniali pocałunki oraz tulili się do starszego brata, którego rzadko widywali. Smutne. Widać było jak bardzo ich kocha i nie lubi rozłąki z nimi. Razem w piątkę zjedliśmy kolację, a potem pomogliśmy ułożyć dzieciaki do snu. Jaxon bardzo polubił moją osobę, bo to mnie poprosił o przeczytanie bajki na dobranoc, a resztę wyprosił. Kiedy w końcu zasnął złożyłam na jego czole delikatny pocałunek.
-Będziesz wspaniałą matką.- powiedział cicho Justin materializując się przy drzwiach. Odwróciłam się do niego i posłała mu ciepły uśmiech.
-Nie wiem co będzie w przyszłości.- odpowiedziała nie wiedząc co powiedzieć.
-A chciałabyś mieć te dzieci ze mną?- zapytał z uśmiechem, a ja spojrzałam w jego oczy.
-Z tobą chciałabym mieć.- zarumieniłam się widząc jak wpływają na mnie jego tęczówki.
-Też cię kocham.- pocałował mnie, a potem gasząc światło wyszliśmy z sypialni chłopca.
Godzinę później byliśmy już w domu. Brałam prysznic, a potem udałam się do swojego pokoju. Rozczesałam włosy, nałożyłam balsamu do ciała i ułożyłam się w łóżku. Przecież to nie możliwe by zasnąć bez niego wiedząc, że on jest za ścianą, pomyślałam i wyszłam z pokoju. Skierowałam się do jego i cichutko by nikogo nie obudzić otworzyłam drzwi, weszłam do środka i je zamknęłam z powrotem. Usiadłam na jego łóżku i chwilę później już się w niego wtulałam. Zaskomlał coś pod nosem i objął mnie w pasie.
-Tęskniłem.- wyszeptał w moje włosy.- Dobranoc.
-Dobranoc.- odszepnęłam i zamknęłam oczy. Sen nadszedł bardzo szybko.

***
Jak szybciutko się napisał. Naprawdę ostatnio idzie mi coraz lepiej. Bez zbędnego przynudzania dziękuję, za przeczytanie lektury <3
-Nad czym tak intensywnie rozmyślasz?- zapytał głaskając mnie po włosach.
-Nad tym miejsce.- westchnęłam cicho.
-Podoba ci się tu?- zapytał nie przerywając czynności.
-Oczywiście. To tak jakby święta trwały tu cały rok albo były naprawdę wyjątkowe.- odpowiedziałam z entuzjazmem.
-Bo te są naprawdę wyjątkowe.- szepnął mi do ucha.
-A dlaczego?- spytałam nie rozumiejąc sensu jego wypowiedzi. Innie nie były?
-Bo spędzam je z tobą.- uśmiechnął się czule, a ja musnęłam jego wargi.
-To w takim razie są naprawdę wyjątkowe.- zaśmiałam się, a on mi zawtórował.
Kilkanaście minut później ochroniarz mojego chłopaka zatrzymał się na podjeździe, a my wysiedliśmy na świeże powietrze. Od razu przeszył mnie chłód i głupota, że nie pomyślałam o tym by zostawić sobie coś cieplejszego na wierzchu. Justin jakby czytając mi w myślach uśmiechnął się albo bawiło go to, że marznę. Wolałam pierwszą opcję chociaż sama nie byłam pewna w obu wychodziłam na osobę pozbawioną rozumu. Kiedy wyjęli walizki z samochodu Justin pożegnał się z Kennym i powiedział, że w tej chwili ma wracać do domu na święta. Zdziwiona mina ochroniarza nieco mnie rozbawiła, ale wiedziałam, że on nie żartuje. Tak więc po krótkich namowach pożegnaliśmy go patrząc jak odjeżdża taksówką tam skąd właśnie przyjechał. Mój ukochany z wielkim uśmiechem na twarzy zataszczył większość walizek pod drzwi, ale udało mi się zabrać choć jedną ze sobą. Zapukał najpierw kulturalnie, ale po chwili wszedł już do środka. W końcu to był dom, w którym się wychował.
-Mamooo!- krzyknął z korytarza, do którego po chwili weszła niska brunetka. Uśmiechnęła się zarzuciła na ramię ścierkę, którą trzymałą w dłoni i przytuliła do siebie swojego syna.- Justin, mój kochany jakiś ty wysoki.- zlustrowała go wzrokiem i się zaśmiała.
-Dziękuję mamuś. Ty za to się nie zmieniłaś.- zawtórował jej śmiechem, ale ona w odpowiedzi zdzieliła go szmatką.
-Uważaj sobie synuś.- pogroziła palcem. Całej tej scenie przypatrywałam się z rozbawieniem z boku. Mimo, że miałam już okazję poznać jego mamę to nigdy nie widziałam się z nią będą dziewczyną jej syna. Miałam tylko nadzieje, że nie będzie się nad nim rozczulać tak jak to miała w zwyczaju robiąc to przed moją mamą, w kółko powtarzając, że on i Stella mają na siebie zły wpływ. - No proszę i przyprowadziłeś w końcu swoją dziewczynę.- uśmiechnęła się, przytuliła mnie do siebie i cmoknęła w policzek.- Ale nie postarałeś się.- wskazała na walizkę w mojej dłoni, którą z nie wiadomych powodów nadal trzymałam w dłoni.
-Melissa się uparła. A nie chciałem się z nią kłócić bo marzła mi na dworze.- powiedział odbierając mi bagaż z dłoni.
-Już nie ważne.- rzuciła.- Idź zanieś bagaże do pokoi, Mel będzie spała w gościnnym, a ty u siebie. A ciebie zapraszam na herbatę.- słychać było jęki sprzeciwu od strony Justina, ale wystarczyło jedno spojrzenie Pattie i od razu ucichł. Kobieta złapała mnie pod ramię i zaprowadziła do kuchni. Siedziała w niej starsza pani na oko sześćdziesięcioletnia oraz starszy pan, również w podobnym wieku. W obojgu poznałam dziadków Justina. Uśmiechnęłam się do nich. W odpowiedzi jego babcia wstała i przytuliła mnie do siebie.
-Witaj skarbie w rodzinie.- zaśmiała się wesoło i wróciła na miejsce.
-Dziękuję.- zarumieniłam się i usiadłam przy wyspie.
-Proszę kochanie. Na pewno zmarzłaś.- mama Justina postawiła przede mną kubek ciepłej herbaty, a ja powolnymi łyczkami siorbałam jego zawartość. Kilka chwil później na dół zszedł Bieber i przywitał się z dziadkami. Pogrążył się z nimi w rozmowie, a ja nie chcąc być nie miłą nie słuchałam o czym rozmawiając. Czułam jednak ukradkowe spojrzenia w moją stronę. Ja w tym czasie ogrzałam się herbatą i zaproponowałam pomóc w kuchni. Pattie przyjęła to z uśmiechem i podała mi fartuch do pomocy. Pracy nie było za wiele bo większość była już gotowa, ale i tak trzeba było przygotować dopiero jutro. Tak spędziliśmy miłe popołudnie. Jednak jeszcze przed zachodem słońca Justin wyciągnął mnie na spacer. Nie chciałam się zgodzić, ale wręcz siłą mnie do tego zmusił. Przechadzaliśmy się wzdłuż drogi, a ja co chwilę marudziła, że chcę wracać bo mi zimno i jestem zmęczona po podróży.
-Oj Mel, błagam cię przestań.- powiedział zirytowany kiedy po rak kolejny powtórzyłam, że nie podoba mi się jego pomysł.
-Ale ja chcę wracać.- odpowiedziałam zatrzymując się.
-Nie rób mi tu buntu tylko rusz się dalej.- pociągnął mnie za rękę prowadząc dalej.
-Powiesz mi gdzie mnie ciągniesz?- nie dawałam za wygrana.
-Nie.- odburknął i ciągnął dalej za sobą. Kiedy się zrównaliśmy objął mnie ramieniem i musnął mój policzek.- Nie obrażaj się maleńka.- szepnął mi do ucha, a ja wypuściłam powietrze z płuc.
-No dobrze, ale naprawdę nie mam ochoty iść nigdzie daleko.- mruknęłam, nadal nie przekonana.
-Wiem to.- spojrzał na mnie roześmiany.
-Nie wiem co cię tak bawi.- spojrzałam na niego zdziwiona.
-Ty, moja droga.- zaśmiał się, całując mnie delikatnie.
-Rozumiem.- chociaż nie rozumiała, wolałam zachować to dla niego.
-Już niedaleko.- uśmiechnął się i zatrzymał przed pewnym budynkiem.- To tu.
-Bardzo nie daleko jak zaraz.- odpowiedziałam, na co wywrócił oczami. Zapukał i tak jak wcześniej bez zaproszenia wszedł do środka. Miałam ochotę złapać go za nadgarstek i przyciągnąć do siebie.- Co ty robisz?- syknęłam, ale on w odpowiedzi pociągnął mnie za sobą. W domu słychać było śmiech, dziecięcy śmiech, dziecięcy głos, a nawet dwa. Nie wiedziałam o co w tym chodzi dopóki nie zobaczyłam mężczyzny, który mimo pewnego wieku był podobny do mojego chłopaka.
-Witam Jeremy Bieber.- przedstawił się i wyciągnął dłoń w moją stronę.
-Melissa Deep-Jolie.- uśmiechnęłam się nieśmiało.- Miło mi.
-Mi również.- zaśmiał się, a Justin przybił z tata piątkę.
-Gdzie dzieciaki?- zapytał z uśmiechem, a po chwili do jego stóp przykleiły się dwie małe postacie. Jedną z nich był trzyletni Jaxon oraz sześcioletnia Jazzy. Wziął siostrzyczkę na ręce, a potem wraz z jej pomocą i braciszka. Całował ich po twarzach za co oni wcale nie byli dłużni. Odwzajemniali pocałunki oraz tulili się do starszego brata, którego rzadko widywali. Smutne. Widać było jak bardzo ich kocha i nie lubi rozłąki z nimi. Razem w piątkę zjedliśmy kolację, a potem pomogliśmy ułożyć dzieciaki do snu. Jaxon bardzo polubił moją osobę, bo to mnie poprosił o przeczytanie bajki na dobranoc, a resztę wyprosił. Kiedy w końcu zasnął złożyłam na jego czole delikatny pocałunek.
-Będziesz wspaniałą matką.- powiedział cicho Justin materializując się przy drzwiach. Odwróciłam się do niego i posłała mu ciepły uśmiech.
-Nie wiem co będzie w przyszłości.- odpowiedziała nie wiedząc co powiedzieć.
-A chciałabyś mieć te dzieci ze mną?- zapytał z uśmiechem, a ja spojrzałam w jego oczy.
-Z tobą chciałabym mieć.- zarumieniłam się widząc jak wpływają na mnie jego tęczówki.
-Też cię kocham.- pocałował mnie, a potem gasząc światło wyszliśmy z sypialni chłopca.
Godzinę później byliśmy już w domu. Brałam prysznic, a potem udałam się do swojego pokoju. Rozczesałam włosy, nałożyłam balsamu do ciała i ułożyłam się w łóżku. Przecież to nie możliwe by zasnąć bez niego wiedząc, że on jest za ścianą, pomyślałam i wyszłam z pokoju. Skierowałam się do jego i cichutko by nikogo nie obudzić otworzyłam drzwi, weszłam do środka i je zamknęłam z powrotem. Usiadłam na jego łóżku i chwilę później już się w niego wtulałam. Zaskomlał coś pod nosem i objął mnie w pasie.
-Tęskniłem.- wyszeptał w moje włosy.- Dobranoc.
-Dobranoc.- odszepnęłam i zamknęłam oczy. Sen nadszedł bardzo szybko.
***
Jak szybciutko się napisał. Naprawdę ostatnio idzie mi coraz lepiej. Bez zbędnego przynudzania dziękuję, za przeczytanie lektury <3
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
