Świat mnie przerażał. Nie umiałam się umiejscowić. To wcale nie jest dziwne. Dziwne było to, że ufałam sama sobie. Unikałam imprez oraz dałam sobie czas na powrót. Oczywiście tryskałam nowymi pomysłami, a tysiące tekstów zapisanych na kartkach, czy serwetce w barze walało się po moim pokoju. Harmonia. Nie czułam się jakbym balansowała na wysoko zawieszonej linii wysokiego napięcia. Stałam na ziemi. Przynajmniej jedną stopą. Westchnięcie. Wstałam od biurka i zamknęłam notatnik. Dlaczego w mojej głowie było teraz tyle miejsca? Kiedyś go brakowało. Kiedyś nie mogłam tyle myśleć. Nagle ON był wszędzie. Na półce ze zdjęciami. We wspomnieniach z wakacji. W snach, które odwiedzały mnie co noc. A ja nie mogłam nad tym zapanować. Marzyłam jedynie by on w jakiś sposób znikł. Żebym nie słyszała jego imienia. Nie widziała jego postaci. Nie czytała jego nazwiska. To było nie możliwe. Musiałam więc się z tym pogodzić. Chociaż wcale tego nie chciałam. Czy ja w ogóle zdawałam sobie sprawę czego pragnę? Pewnie nie. Ruszyłam do okna i zauważyłam jak jakaś postać zmierza w kierunku mojego domu. Szybko pobiegłam do łazienki by rozczesać splątane włosy. Zmieniłam rozciągnięty t-shirt na obcisłą bokserkę. Chudniesz w oczach, znienawidzony głosik w mojej głowie mieszał mi w głowie. Uśmiechnęłam się do odbicia, ale wyszedł z tego raczej grymas. Pokręciłam z politowaniem głową i wróciłam do pokoju. Złapałam za telefon i w tym czasie w domu rozległ się dźwięk dzwonka. Zbiegłam na dół trzymając mocno poręczy by nie upaść. Wpadłam na drzwi, ale zaraz się odsunęłam i je otworzyłam. Wysoki brunet o brązowych włosach. Na jego twarzy widniał szeroki uśmiech. Kilku dniowy zarost dodawał mu uroku.
-Wpuścisz mnie czy mam tu tak stać?- Joe zaśmiał się, a ja odsunęłam się w tył i zamknęłam za nim drzwi.
-Boże, jak ja cię dawno nie widziałam.- wskoczyłam na niego, a on mnie do siebie przytulił. Mocno.
-Podzielam tę tęsknotę.- uśmiechnął się i postawił mnie na ziemi.- Czemu nie przyszłaś się przywitać?- zapytał mnie, posyłając mi karcące spojrzenie.
-Wiesz przyjechałam w nocy i jedyne o czym marzyłam to...- nie dał mi dokończyć.
-To ramiona Justina?- zaśmiał się, a ja odwróciłam wzrok. Nie dlatego, że czułam się speszona. Tylko dlatego, żeby nie zauważył mojego bólu.- Melissa?- podniósł mój podbródek, a ja posłałam mu nerwowy uśmiech.
-Nienawidzę go.- wzruszyłam ramionami i weszłam do salonu.
-Powiesz o co poszło?- spojrzał na mnie zdziwiony.
-Nie słyszałeś o Ashley Benson?- zdziwiona podniosłam na niego wzrok.
-Kto to kurwa jest?- zaśmiał się, ale zaraz umilkł.
-Przestań Joe. - pokręciłam głową i ruszyłam do kuchni włączając czajnik. Wyciągnęłam kubki i dwie różne kawy. Czarna i rozpuszczalna. Gorzka i nieco słodkawa. Ciężka i lekka. Przeciwieństwa. Prychnęłam cicho i poczułam dłoń na ramieniu.
-Przepraszam.- mruknął i zabrał rękę.- Będzie dobrze. Nie martw się. Masz mnie.- zaśmiał się smutno.
-Wiem, ale nie tego się spodziewałam.- odwróciłam się do niego.
-Tak wiem Mel, ale popatrz na to z innej perspektywy. Miałaś czas i on miał czas. Kochasz go?- spojrzał na mnie jakby to nie było takie oczywiste. A skoro nie było...
-Nie, Joe. Masz racje, miałam czas.- plugawe kłamstwo. Plułam sobie w brodę, ale tak powinno być. Oboje osobno. Nie ważne.
-Tak więc. Skoro wróciłaś, to co teraz?- uśmiechnął się zbaczając z tematu.
-Wracam do studia. Naprawię swoją muzykę.- zaśmiałam się gorzko.
-Czyli walczysz?- spojrzał na mnie znacząco.
-Oczywiście, ja się nigdy nie poddaję.- wywróciłam oczyma.
-To dobrze.- puścił mi oczko.
(01.07.)
"Wszystkie dni zdają się być takie same, gdy przestajemy zauważać dobre rzeczy, które nam się przytrafiają." Ja już dawno przestałam. Dlatego moje życie się rozsypało. Pokruszyło się, tak szybko, a nagle znowu było poskładane. Jakby ktoś nacisnął 'replay'. Film się cofnął. Klatka po klatce. Ból jeszcze nie nadszedł. Zdawałam sobie z tego sprawę. A może i minął? To nie miało znaczenia. Stałam w próżni. Białej, pustej, przestrzennej. Co miało być dalej? A czego miało nie być? Co się dzieje, a co wydarzyło? Wszystko mi się mieszało. Sny mieszały się wtedy z jawą. Ostatnie sześć miesięcy było życiem? A może wspomnieniem innego wcielenia? Minęło czy nadejdzie? Mieszanina uczuć. Jakby ktoś pomieszał kolorowe drinki i wyszedł jeden nie do wypicia, ale się założyłeś. Powiedziałeś, że dasz radę. A potem dostaniesz nagrodę. Jeden cud. Coś za coś. Ale to może ci się przydać. Walka.
MUZYKA !!
Tak więc powrót do studia. Czas odnaleźć siebie. Zaśmiałam się pod nosem i ubrałam w pierwsze lepsze ubrania. Przywróciłam się do porządku i ruszyłam do wyjścia. Zabrałam ze sobą jedynie gitarę i telefon. Wsiadłam do swojego auta i westchnęłam. Wspomnienia znowu nadchodziły pełną falą. Włączyłam radio i zagłuszyłam myśli. Tak tego było mi potrzeba.
Zasiadłam w studiu i odpaliłam przygotowaną melodię. Za dużo myśli w głowie. Uśmiechnęłam się i odżyłam. To to czego pragnęłam. To czego chciałam od życia. Zaburzenia przyjmować jako melodię nie jako cios. By oddech był symfonią życia. Nie jedynie oddechem. Oznaczał coś więcej niż walkę o lepszy dzień. By był dzisiaj, by był teraz dla niego. Łza spłynęła mi po policzku. Nie starłam jej. Nie chciałam zapomnieć. Chciałam się wyleczyć. I stwierdziłam, że to możliwe. Że dam sobie radę. Zaczęłam krążyć i śpiewać. Przecież o to chodziło. By to pochłonęło mnie niedorzecznie głęboko i mocno. Bym mogła zakochać się w melodii jak w przystojnym chłopaku. Jakby ona miała serce i oddech. Jakby żyła. Jakbym mogła z nią zatańczyć. Zasiadłam za pianinem, a moje palce same odnalazły dźwięki. Szyły z rytmem serca, a słowa same układały się w sensowne zwrotki. Małe potknięcia, duże przeskoki. To było nowe życie. Bez niego. Dla siebie. Ostatni trzeci żywot. Już nigdy więcej. Z wiatrem na skrzydłach i pod niebo.
***
Bez ład. Okropieństwo i nic dobrego, ale tak na razie jest. Tak się czuje. Pocięta. Powyginana. Nie umiem tego określić. Taki dzień? A może tak już będzie? Nie wiem, nie ważne. Ocena jak dla mnie kompromitująca. :c

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz