poniedziałek, 20 maja 2013

Chapter XXXIII - Three times a charm.

Wniósł walizki do mojego pokoju i postawił je koło szafy. Usiadł na fotelu i westchnął. Starałam się nie zwracać na niego uwagi i przyjrzeć się pomieszczeniu. Nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że on nie należy już do mnie. Czułam się nie pewnie i bałam czegokolwiek dotknąć by to nie rozsypało się w pył. Pokręciłam głową karcąc się w myślach. To wszystko należy do ciebie, szepnął głosik w mojej głowie. To dlaczego się boję?, zapytałam, ale odpowiedzi już nie uzyskałam. Z westchnieniem wyciągnęłam pierwszą rzecz z plecaka. Zdjęcie oprawione w białą ramkę. Patrzyłam na nie codziennie przez pół roku. Nagle miałam ochotę nim rzucić i ścianę, i spalić. Sprawić by tamte wcielenia nie istniały. Nie nadawały się, były do niczego w dodatku przegrały. Ale ja obiecałam sobie, że to już ostatni raz. Do trzech razy sztuka czyż nie? Uśmiechnęłam się lekko i położyłam ramkę na blacie, zdjęciem do dołu. Uważnie przyglądał się moim poczynaniom co widziałam kątem oka. Nadal nie wiedziałam czemu jest tu ze mną, ale nie zadawałam zbędnych pytań. Chociaż wszystko mnie nurtowało. Nie wiedziałam jak się zachować. Byłam pełna sprzeczności. Bałam się w końcu, że dostanę zawrotów głowy i z tego powodu usiadłam na łóżku. Nie mogłam znieść tego, że jest tak namacalnie blisko, ale między nami nie było już nic.
-Powiesz mi co tu robisz?- spojrzałam na niego ze złością w oczach, ale zaraz odwróciłam wzrok.
-Przywiozłem cię do domu.- wzruszył ramionami i chwycił zdjęcie. Skrzywił się na jego widok.
-Tak, ale może powinieneś już pójść?- gdybym miała odwagę, zabiłabym go wzrokiem.
-Melissa przestań.- machnął ręką i wstał z fotela.- Jest późno, jesteśmy zmęczeni, a ty zadajesz głupie pytania.- jak gdyby nigdy nic, wyciągnął z mojej szafy jakieś ubrania i mi je rzucił.- Proszę, masz czas na odświeżenie się i do łóżka.- rzucił. Wzruszyłam jedynie ramionami i nie chcąc zagłębiać się w szczegóły, zamknęłam się w łazience. Chciałam, żeby już sobie poszedł. Bym mogła płakać całą noc jak to robiłam przez ostatnie kilka tygodni. Nie chciałam jednak przyznać przed samą sobą, że chciałam by został. By już nigdy nie odchodził. Głupia, warknęłam pod nosem i weszłam pod prysznic. Ciepła woda przyniosła ukojenie zbolałym po podróży mięśniom. Z lekkim uśmiechem wsmarowywałam w siebie, żel i w końcu poczułam się jak w domu. Czego mi tak brakowało? Zapachu żelu pod prysznic? A może przynależności, codziennej rutyny. On był tylko produktem w tej całej reakcji. Po nie długim czasie wyszłam z łazienki wiążąc włosy w koński ogon. Przejechałam po nich palcami i ze zdziwieniem zauważyłam Justina w moim łóżku. Zaraz Justin Bieber w moim łóżku?! To może nie była nowość, a może i jednak. Tak czy siak, miał się wynosić, a on sobie leżał na mojej poduszce i się uśmiechał. Kurwa, ja też się uśmiechałam do niego.
-Co ty wyprawiasz?- ocknęłam się w końcu.
-Mel, daj spokój jest późno.- mruknął w odpowiedzi, a z jego uśmiech zrzednął.
-Ale wiesz gdzie jest pokój gościnny.- rzuciłam, nawet się nad tym nie zastanawiając.
-Chcesz spać sama?- spojrzał na mnie badawczo. Kiedy nie uzyskał odpowiedzi uznał, że nie.- To się kładź.- z ociąganiem położyłam się na skraju łóżka, bojąc się dotknąć go choćby stopą.- Przestań się wydurniać.- pozwalając sobie, przyciągnął mnie do siebie i objął ramieniem. Moja głowa spoczęła na jego torsie, a on widocznie był tym ucieszony. Zgasił lampkę, która stała obok mojego łóżka i pocałował mnie w skroń.
-Dobranoc, maleńka.- świat na chwilę zawirował mi przed oczyma. To słowo budziło wszystkie wspomnienia, które tak skrzętnie starałam się upchać. Zaciągnąć za nimi ciężkie zasłony.
-Dobranoc.- jęknęłam i zamknęłam oczy. Jednak mimo zmęczenia upragnione objęcia morfeusza nie nadchodziły.
Rano obudziło mnie jakieś poruszenie, ale moje powieki jakby sklejone nie chciały się otworzyć. Tak więc po omacku próbowałam zlokalizować źródło. Moja dłoń przesuwała się po czymś twardym i wyrzeźbionym. Z dotyku pięknym. Nie mogłam jednak zinterpretować co to. Dopóki do moich uszu nie dotarł cichy śmiech. Wzdrygnęłam się i odskoczyłam do tyłu lądując prawie na ziemi. W pasie objęły mnie silne ramiona i po chwili leżałam z głową na jego torsie. Głaskał mnie po włosach, a ja z westchnieniem poddawałam się jego gestowi. Jego urok działał na mnie jak magnes, a to nie wróżyło niczego dobrego. Po chwili oderwałam się od niego, co przyjął pomrukiem niezadowolenia. Odwróciłam się do niego plecami i ponownie zamknęłam oczy. Chciałam zasnąć zanim stąd wyjdzie, zanim ból rozszarpie moje serce niczym drapieżnik, który wgryza się w swoją ofiarę. Zatapia w niej zęby i czuje narastające podniecenie z rozlewu krwi. Nie to chciałam przechodzić. Jednak on nie wyglądał na takiego co chciałby odejść. Tym razem już mnie nie obracając przyciągnął objął dłonią w pasie i położył głowę na poduszce, muskając nosem moją szyję. Po ciele przeszedł mi przyjemny dreszcz. Dawno nie czułam pożądania, wzajemnego przyciągania się do siebie. Ale czułam, że muszę zapuszkować to uczucie i to jak najszybciej. On jednak nie przyjmując niczego do wiadomości, całował moją szyję, mój bark, czasem przygryzając płatek ucha. Leżałam niczym sparaliżowana nie wiedząc jak zareagować. Rozum mówił, a raczej krzyczał: Odepchnij go!, a serce błagało o więcej. Wojna, którą toczyłam w myślach była niczym, w porównaniu do tego co działo się miedzy nami. Naparł na moje ramiona zmuszając bym położyła się na wznak i wpił się w moje usta. Moim ciałem zapanowała dzika rządza, ale próbowałam to stłumić. Nie skutecznie. Jednak nie pozwoliłam by długo to trwało. Odepchnęłam go od siebie resztkami silnej woli i zakryłam po uszy kołdrą. Nie zamierzałam opuszczać własnego łóżka, bo chłopak obok właśnie mnie pocałował. Co to, to nie!, pomyślałam i odliczając od dziesięciu w tył próbowałam uspokoić zmysły i oddech. Szło mi fatalnie.
-Melissa...- zaczął błagalnie, ale zrezygnował nie wiedząc chyba co powiedzieć.
-Idź już.- wyjąkałam z bezpiecznego miejsca, zagryzając wargi by nie dać ujściu łzą.
-Ale..- westchnął, jednak dalej nie ruszył.
-Nie. Idź sobie.- rzuciłam nieco odważniej i wtuliłam w miękką pościel. Czułam jak jego ciało się podnosi, a materac ustępuje i się wybrzusza. Słyszałam jak mruczy coś pod nosem, ale nie mogłam zrozumieć co. Było to takie nie wyraźne i przypominało szloch. Spuściłam nieco kołdrę chcąc zobaczyć co się dzieje. Wkładał właśnie spodnie i zapinał zamek. Spuścił je nieco na dół i rozglądnął się w poszukiwaniu koszulki. Wtedy dostrzegł mnie. Jego oczy były wyraźnie smutne i przygnębione. Nie odezwał się już ani słowem. Kiedy zlokalizował zgubę, włożył ją na siebie. Do kieszeni schował portfel, klucze i telefon. Przewiesił sobie kurtkę przez ramię i ruszył w kierunku drzwi. Ostatnie co zrobił to schował dłoń do tylnej kieszeni. Zawstydził się. Justinowi było wstyd tego pocałunku. A może tego, że został? Nie chciałam wiedzieć. Moim ciałem wstrząsnął płacz. Złapałam szybko misia i tuliłam go do siebie. W końcu on miał mi przypominać jego miłość. To już wiedziałam czemu jego miłość do mnie przestała istnieć. Przelał ją na misia, który miał jego niespokojne czekoladowe oczy, a może ja powariowałam do reszty?! Rzuciłam miśkiem o ścianę i usłyszałam cichy brzdęk. A potem cisza. Łzy. Cisza. Łzy. Cisza. Raniła moje uszy, a ja chciałam zabić wszystko co mnie otaczało. Zabić samą siebie i wspomnienia. By to tak cholernie nie bolało. By on tak cholernie nie trzymał się moich myśli. I ten zapach. Niszczył moje zmysły.
Kilka godzin później obudziłam się zmęczona, przepocona i zagubiona. Podniosłam się z łóżka i z trudem utrzymując równowagę stanęłam o własnych nogach. Rozglądnęłam się i otworzyłam okno. Zapomniałam jak pięknie o tej porze roku wygląda to miasto. Pokręciłam głową i postanowiłam działać jak na człowieka przystało. Pościeliłam łóżko, wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół. Wszędzie było głucho i pusto. Zerknęłam do lodówki gdzie było pusto i westchnęłam. Moja siostra zniknęła, a ja zostałam całkowicie sama. Zrozpaczona przygotowałam się do wyjścia i w myślach układałam listę. Listę, która miała mi ułatwić życie. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam spod domu do centrum. Zrobiłam szybkie zakupy i zatrzymałam się na kawę tam gdzie zawsze.
Ostatnio nic nie miało większego sensu. Zmarnowałam sobie życie i karierę. Co komu po dziewczynie z przeszłością, która psuje słodki wdzięk. Pokręciłam głową i zastanawiałam się jak wydostać się z tego życia. To jednak było nie możliwe. Z westchnieniem wstałam od stolika i ruszyłam do wyjścia. Od dziś wszystko miało być już dla mnie obojętne. Zostało mi ostatnie życie. Nie chciałam już więcej zaczynać od początku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz